Jeden z zagranicznych krytyków napisał o Dziewięciu, że gdyby Quentin Tarantino był polskim powieściopisarzem, to jego książki przypominałyby te pisane przez Stasiuka. W jakiejś mierze mogę się z tym zgodzić, bo dla własnego użytku dzielę jego powieści na dwa rodzaje: fabularne, ze swoiście pojętą „akcją” i paradokumentalne, wspomnieniowe, w których raczej oglądamy pejzaże – zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Do pierwszych zaliczam np. Białego kruka, do drugich choćby Jadąc do Babadag. Powieść Dziewięć wpisuje się w ten pierwszy paradygmat. W pewnym sensie te powieści są tarantinowskie, ale bez przesady; Dziewięć przywołuje na myśl prędzej Dług Krauzego.

 

Fabuła jest bowiem w obu przypadkach bardzo podobna. Młody, obrotny facet, Paweł, słusznie wietrzy w upadku komunizmu szansę na lepsze życie; stara się znaleźć dla siebie miejsce w nowej rzeczywistości i stawia na handel. Zakłada sklep z „bawełną”, w którym znajdziemy każdy możliwy przyodziewek, od garniturów, przez spódnice, po koronkowe majteczki. Wszystko układa się gładko, do momentu, gdy od znajomego pożycza 500 baniek (starych), których nie udaje się oddać na czas. I tu zaczyna się akcja powieści.

 

Paweł włóczy się po zaułkach Warszawy, opisanej z topograficzną niemal dokładnością (tak mi się wydaje, bo Warszawy nie znam), próbując z jednej strony pożyczyć od kogoś pieniądze na zwrot długu, a z drugiej uniknąć ścigających go wierzycieli, którzy zdążyli już rozpieprzyć jego mieszkanie i skonfiskować samochód (poloneza). Stolica pokazana jest jako szare, mroczne, postkomunistyczne miasto, labirynt źle oświetlonych ulic, w którym rozkwita dziki kapitalizm; biznesmeni w „beemicach” to jednocześnie bezlitośni mafiosi; pieniądzom nieodłącznie towarzyszy przemoc. Bohater trafia do Jacka, kumpla z dawnych lat, który właśnie próbuje zrobić interes na heroinie, oczywiście wyręczając lokalnych mafiosów, co specjalnie im się nie podoba. Tym sposobem wplątują się się w grubą aferę, w której nie obędzie się bez mordobicia, morderstw i nieszczęśliwych wypadków. Podobnie jak w filmach Inarritu, jakiekolwiek spotkanie między przedstawionymi postaciami jest zawsze brzemienne w skutki.

 

Kapitalizm nie ma jeszcze ustalonych zasad gry, a ci, którzy biorą w niej udział, mają wilczy apetyt po kilkudziesięciu latach komunistycznego postu. Dlatego najważniejsze stają się pieniądze, a przyjaźń, lojalność czy miłość schodzą na dalszy plan, jeśli w ogóle jeszcze się liczą. Stasiuk pokazuje świat, któremu obce są normy moralne, w którym nikt nie zawraca sobie głowy wartościami.

 

Narrację prowadzi autor w charakterystyczny dla siebie sposób – początek powieści to długie, nie związane ze sobą passusy, które w miarę rozwoju fabuły stają się coraz krótsze i coraz bardziej ze sobą splecione; koniec powieści to przeskakiwanie od bohatera do bohatera, na każdy wątek przypadają góra dwie strony, co naprawdę nadaje akcji zawrotne tempo.

Advertisements