Taksim Stasiuka to – przynajmniej na poziomie bohatera – kontynuacja powieści Dziewięć, co potwierdza autor w niedawnym wywiadzie dla „Lampy” (9/2009): „Mam poczucie, że przebywam z moim bohaterem, starzeję się z nim. Myślę o wszystkich moich bohaterach, żeby nie porzucić ich, nie osierocić, być z nimi do końca”. Paweł wychodzi więc cało z opresji, schodzi z dachu bloku, na którym widzimy go po raz ostatni w Dziewięciu i pojawia się w najnowszej, wydanej kilka tygodni temu, książce Andrzeja Stasiuka.

 

Pierwszą dostrzegalną zmianą jest sposób prowadzenia narracji. Paweł stanowi najwyższą instancję w tekście, ale nie jest narratorem wszechwiedzącym, jego wiedza sprowadza się  do jego doświadczenia. W Dziewięciu pojawiał się od czasu  do czasu narrator-duch, unoszący się nad miastem, zdolny dostrzec każde jego drgnienie – trochę działał mi na nerwy.  Kolejna rzecz in plus to poziom przemyśleń narratora, jego język – Paweł dojrzał przez te kilka lat (Stasiuk, nawiasem mówiąc, też pisze z coraz większą swadą); tak więc Taksim czyta się o niebo lepiej. Po trzecie wreszcie, obok Pawła mamy drugiego, równorzędnego bohatera, Władka, który zasypuje nas opowieściami ze swojego bujnego życia. I jeszcze jak opowiada!

 

Obaj mieszkają w małym miasteczku niedaleko polsko-słowackiej granicy, prawdopodobnie w Gorlicach. Utrzymują się z handlu obwoźnego – Paweł prowadzi Fiata Ducato,Władek jest mistrzem sprzedaży, wciśnie każdą szmatę temu, kto się nawinie – Cyganowi, Słowakowi, Rumunowi, Mołdawianinowi etc. Bo targetem ich podróży są wioski i mini-miasteczka wschodniej Europy, do których dobra kapitalizmu jeszcze nie dotarły, gdzie mają realną szansę wywołać używanymi podróbkami euforię.

Znów mamy zatem książkę o kapitalizmie, i znów temat został ujęty specyficzne. Stasiuka nie interesuje Historia przez duże H, jego bohater nie jest biegłym ekonomistą, który analizuje sytuację gospodarczą Europy Środkowo-Wschodniej. Przemiany,  które opisuje, zaobserwowane zostały na drobnych, niepozornych zachowaniach, np. na stosunku do przedmiotów codziennego użytku. Taksim to apologia rzeczy, ale nie tych produkowanych masowo, z chińską metką, lecz tych teraz już zapomnianych, które dla właściciela miały symboliczne znaczenie:

 

„Jeszcze niedawno kupowali rzeczy na całe życie. Składali, oszczędzali na garnitur u krawca, na buty u szewca i była inwestycja, i był sens, było wyrzeczenie i była nagroda. Z tego się, kurwa, składało życie ludu. Jak dostałem pierwszy zegarek, to miałem go przez dziesięć lat. Codziennie nakręcałem i kładłem przy łóżku. A to i tak było nic, bo mój ojciec swój zegarek nakręcał i kładł przy łóżku przynajmniej przez lat trzydzieści.”

 
To, co możemy teraz kupić, to tylko śmieci, rzeczy straciły swoją wartość; jakkolwiek patetycznie to brzmi, żyjemy na śmietnisku. Niektórzy czują się z tym dobrze, np. Stasiuk, który mówi: „Otaczam się śmieciami. Nigdy nie chciałem zbierać jakichś rzeczy wartościowych, tylko duperele. Mam 20 martwych myszek komputerowych i kilkanaście starych telefonów komórkowych. I całe mnóstwo biletów z różnych podróży. I pieniądze, z 40 kg bilonu z Europy Środkowo-Wschodniej. Może jestem śmieciarzem”. W Taksim opisana jest wielka rupieciarnia, w której znaleźć można wszystko i nic; może to miejsce jest pępkiem współczesnego świata?

 

Żeby nie było za nudno, Stasiuk dorzuca jeszcze wątek miłosno-mafijny – Władek zakochuje się w Evie, bileterce objazdowego wesołego miasteczka, która została sprzedana szefowi gangu; teraz handlarz zrobi wszystko, by ją wykupić. Przemycają przez granicę uchodźców ze Wschodu, biją się, uciekają; gdy panuje względny spokój, Władek nie może się powstrzymać, by nie opowiedzieć kolejnej wciągającej historii. Wszystko to wymieszane w charakterystyczny sposób: anegdoty urywane są w najciekawszych momentach, by powrócić do zniecierpliwionego czytelnika po kilkunastu stronach. Takism to bardzo dobra książka. Może nie na Nike 2010, ale do finałowej siódemki pewnie wejdzie.

Advertisements