Michał Witkowski, "Margot"Moja przygoda z książkami Michała Witkowskiego zaczęła się – i szybko skończyła – na początku września tego roku. Nie czytałem wcześniej żadnej jego powieści (oczywiście słyszałem o Lubiewie, ale odkładałem lekturę na bliżej nieokreślone później), co powodowało swego rodzaju wyrzuty sumienia; żeby je złagodzić dałem się uwieść kampanii reklamowej i już chwilę po premierze miałem w rękach najświeższe dzieło pisarza, Margot. Ta skromna objętościowo książeczka (ok. 200 stron) powstała ponoć w wyniku przycinania i redagowania znacznie obszerniejszego, kilkuset stronicowego maszynopisu. Witkowski, kierując się dobrem czytelnika, wyrzucał wątki, bohaterów, anegdoty, aluzje etc. Może wersja longplay powieści była czymś zupełnie innym, rzucającym na kolana?

 

Margot, mimo że krótka, i tak ledwo trzyma się kupy. Mamy dwie równorzędne historie i trzech głównych bohaterów. Pierwsza opowiada o życiu TIRówców, których możemy trochę poobserwować, podsłuchać język, jakim się posługują (to jedna z nielicznych zalet), poznać specyfikę „bycia w drodze”, uczestniczyć w seksie „na gałęzi”. Prowadzi tytułowa Margot, w tle pojawia się cudownie uzdrowiona św. Asia od Tirowców. Nie powiem, czyta się to nieźle, już wczuwam się w klimat drogi, gdy nagle opowieść urywa się, by zrobić miejsce Waldkowi Mandarynce, gwieździe polskiego szołbiznesu. Poznajemy jego wzruszającą historię, jak to z dna, czyli przystanku PKS gdzieś na Suwałkach, wybił się na idola. Tutaj drugi plus dla autora – odsłonił kulisy programów rozrywkowych, sposób działania machiny reklamowej, pokazał gwiazdę od strony  środowiska, w którym przebywa, z punktu widzenia np. makijażystów, którzy będą trwali na stanowiskach długo po tym, gdy tacy jak Waldek Mandarynka przeminą.

 

Wróćmy jednak do znacznie liczniejszych zarzutów. Wspomniane historie nijak się ze sobą nie łączą. Motyw przemiany, który ma cementować wątki, jest niewyraźny, a na dodatek wydaje się dość często wprowadzany na siłę, podobnie  jak aluzje do  literatury czy filozofii, z których czytelnik ma czerpać przyjemność. Prowokujące sceny seksu w różnych homo-, hetero- i queer-kombinacjach nie niosą ze sobą żadnego głębszego znaczenia, to po prostu nieodłączny element kultury masowej, który ma wpłynąć na zwiększenie sprzedaży. Fajerwerkowy język zbyt szybko zaczyna męczyć. Całość jest jak wielkanocna wydmuszka – ładna z zewnątrz, pusta w środku.

Reklamy