Karol Maliszewski, "Sajgon"

 

W roku 2007 Tygodnik Powszechny opublikował serię reportaży pod tytułem „Tygodnik” na granicy zachodniej. W jednym z nich Karol Maliszewski, oprowadzając dziennikarzy po Nowej Rudzie i okolicach, komentuje fragment swojego wiersza Dzień nauczyciela z tomu Inwazja i inne wiersze („Powędrowałem dzisiaj wzdłuż hałd / by odkryć kolonię półzapadłych domów. / To stąd przychodzą dzieci, owiane / kwaśnym wiatrem, ze stęchlizną w płaszczach”). Poeta powiada: „Dzisiaj już bym tak nie napisał”. Wystarczy przerzucić kilka stron Sajgonu, by przekonać się, że nie był daleki od prawdy.

 

W zapowiedzi książki czytamy, że jej bohaterów jest kilku – większość to pracownicy miejscowej szkoły, oprócz nich mieszkańcy Sajgonu, dziennikarz lokalnej gazety, juror konkursów poetyckich. Wydaje się jednak, że bohater jest jeden, i jest nim Nowa Ruda, a dokładniej – tytułowy Sajgon, najbiedniejsza część miasta, złożona z baraków; bohater znany czytelnikom Maliszewskiego bardzo dobrze z jego wcześniejszych utworów, bowiem autor Roku w drodze „wciąż pisze ten sam wiersz”. Zmienia się jednak sposób pisania. Choć nie zaskakuje sam wybór prozy jako tworzywa (to kolejny tom prozatorski w dorobku autora Inwazji), to jej forma – już tak. O ile wiersze Maliszewskiego cechuje zazwyczaj prostota, o tyle jego powieść to gmatwanina prawdy i zmyślenia, wielogłosowości, kolaż fragmentów tekstów publikowanych wcześniej z tym nowym, melanż poezji z żywiołem prozy.

 

W jednym z rozdziałów znajdziemy fragment, który – jeśli odniesiemy go do całości książki – w dużym stopniu wyjaśni konstrukcję Sajgonu: „Powołało się do istnienia kilka cieni i być może nawet zainteresowało kogoś ich losem – czegóż więcej trzeba? Wściekłość czytelnika, któremu sprzed nosa sprząta się już zarysowane postacie, nie ma nic do tego”. Może nie wściekłość, ale zamęt wywołują w czytelniku na pewno! Pierwsza lektura upływa na mozolnym rozpoznawaniu narratorów kolejnych części książki, łączeniu wątków, które raz po raz ulegają zerwaniu, tropieniu powiązań i aluzji (np. do Lubiewa Michała Witkowskiego). Jest przy tym sporo literackiej zabawy, choć po pewnym czasie staje się ona nużąca. Mówiąc krótko: tradycyjnie rozumianego porządku w książce Maliszewskiego nie uświadczymy, jak reasumuje jeden z bohaterów, „Rozpierdol taki w tej twojej książce, istny Sajgon”. Bo całość komplikują jeszcze wtręty autotematyczne: „(…) Karol coś mówił o pisanej książce i że chciałby w niej oddać głos wielu postaciom”; czytamy uwagi dotyczące pisania książki, którą… właśnie czytamy. Sajgon ma w sobie zatem coś z Miazgi Andrzejewskiego, nawiązuje do tradycji powieści autotematycznej.

 

Podczas lektury powoli wyłania się obraz Sajgonu, który, choć oglądany różnymi oczyma – Kojaka, Karola Maliszewskiego, Teodora Szeremety, Franciszka Wartoka – jest wyjątkowo spójny, a przy tym przygnębiający. Swego czasu cieszący się powodzeniem, głównie wśród studentów, którzy organizowali tu festiwal teatralny, bo „Prowadzeni turpistycznym instynktem, wiedzieli, że kwartet smyczkowy grając w ciemnej, niesamowicie cuchnącej uryną bramie, dostępuje czegoś w rodzaju transcendencji”, teraz, gdy czasy „świetności” minęły, Sajgon pozostawiono samemu sobie. Między miastem a slumsami narasta napięcie i lęk: „Do Sajgonu się nie wchodzi. Nawet ksiądz tam się waha, idąc po kolędzie. Omija się go z daleka.” Zamieszkują go przecież „ludzkie odpady”, jak pisał Zygmunt Bauman, „ludzie zbędni i nieużyteczni”, którzy w toku reform i postępu nie dotrzymali kroku rozwijającemu się społeczeństwu. Stanęli, zostali w tyle. To o nich jest ta książka. Maliszewski nie potrafi odwrócić się od Sajgonu, nie chce o nim zapomnieć.

 

Jego symbolem jest Klaudyna, „dziewczynka z baraków, (…) z zielonym gilem wiszącym jej z nosa. I brudnymi rajstopami. I słodkawym zapaszkiem wokół niej”; „Nieobliczalna Klaudyna, dziecko Europy in spe, (…) z baraku rotacyjnego numer 27, z metalowego kontenera (…)”. Szykanowana w szkole, w domu ogląda pijaną matkę, przyjmującą klientów. Dziecko bez przyszłości, w mieście, które także zostało jej pozbawione. Jeden z bohaterów pyta: „Dlaczego nie piszesz o sympatycznych, ładnie sformatowanych dzieciach, tylko wciąż wracasz do jakiejś zasranej Klaudyny, bękarta Europy, źródła permanentnej wszawicy szkolnej, moralnego rozprzężenia i tak dalej?” No właśnie. Dlaczego Maliszewski raz po raz prezentuje nam obraz ubóstwa, w jakim celu prowadza po zaułkach Nowej Rudy, rozsypującego się, zapomnianego, biednego i wyludnionego miasteczka gdzieś w Sudetach?

 

Myślę, że podobnie jak Waniek, włóczący się po Dolnym śląsku, a przywołany w książce, czy Stasiuk, który zaszył się w Beskidzie Niskim – Maliszewski nie potrafi żyć poza tym małym światem, który go przygarnął. „To wszystko jest mną. Już nie mogę nigdzie wyjechać, bo nie umiałbym tam żyć”. Nigdy jednomyślnie nie zaliczano Maliszewskiego do grona twórców literatury „małych ojczyzn”, ale zwraca się uwagę na jego ‚prowincjonalność’, przywiązanie do miejsca. Owa prowincjonalność przejawia się w szorstkiej czułości, z jaką autor opisuje – obcy mu przecież, bo jest z zewnątrz – Sajgon. Nie chce pogodzić się z zepchnięciem Sajgonu na margines, z obrzydzeniem i wstrętem, które wywołuje. Jeden z bohaterów proponuje: „(…) przesłaniem [książki] mogłaby być lokalność. Tylko nie frazes, mała ojczyzna sztucznie i na siłę dzieciakom wpychana do świadomości na lekcjach wychowawczych. Chodzi mi o prawdziwą duchowość lokalną”. Aby w tej duchowości uczestniczyć, trzeba otworzyć oczy, by odsłonić nędzę, utożsamić się z innym, żyć – choć przez chwilę – czyimś życiem i w czyimś miejscu. A to udało się Maliszewskiemu znakomicie.

Advertisements