Debiutancka powieść Piotra Siemiona, Niskie łąki, wydana została w roku 2000. Krytyka przyjęła ją bardzo życzliwie, pojawiły się nawet głosy określające książkę mianem portretu „pokolenia ’89”, narracją pokoleniową. Zanim do niej zajrzymy, ustalmy najpierw, o kim mowa: jej bohaterowie urodzili się pod koniec lat 60., wychowali w siermiężnym i przygnębiającym PRL-u, by mniej więcej w połowie studiów, niespodziewanie, znaleźć się w wyzwolonej Polsce, pełnej kuszących perspektyw. „Pokolenie to jest zatem bohaterem, poprzez którego można ukazać zmiany mentalne i obyczajowe, jakie zaszły w wolnej Polsce”, powiada Andrzej Franaszek we wstępie do jednego z numerów „Kontrapunktu” (dodatku „Tygodnika Powszechnego”), w całości poświęconego „Pokoleniu ‘89”. Warto przyjrzeć się książce Siemiona, mając na uwadze tę debatę.

 

Niskie łąki przypominają mi konstrukcją film Sauna Filipa Bajona, w którym widzimy wciąż tych samych bohaterów, reprezentujących różne kraje (Polskę, NRD, Czechosłowację, ZSRR, USA, Węgry, Finlandię), spotykających się trzy razy w tej samej, helsińskiej saunie, ale w różnych momentach dziejowych, ważnych zwłaszcza dla Polski – w roku 1981, 1982 oraz 1989. Książka również podzielona jest na trzy części:

 

  1. Wrocław, 1983 rok. Z Odry z trudem wydostaje się Anglik, zrzucony z mostu przez naszych gościnnych krajan; szukając schronienia, trafia do mieszkania Lidki. Poznajemy tu większość bohaterów książki, spędzających czas na piciu wódki, paleniu trawy i kradzieży jedzenia; od czasu do czasu piszą na murach hasła w rodzaju: „SOLIDARNOŚĆ ZWYCIĘŻY NIE MA CHUJA”, uciekają przed milicją i bawią się na nielegalnych koncertach.
  2. Nowy Jork, 1988-1989. Anglik uczęszcza do nowojorskiej szkoły filmowej, chce nakręcić film o wampirach (by dotrzeć do mas), ale wampiryzm traktuje jako metaforę komunizmu. Nieoczekiwanie spotyka poznanego we Wrocławiu Carlosa i kilku innych Polaków. Stara się odszukać Lidkę, w której jest zakochany.
  3. Wrocław, 1991. Podpisawszy kontrakt na film dokumentalny o „zwycięstwie demokracji”, Anglik po raz drugi zjawia się w Polsce. Odnajduje swoich znajomych, pomaga Carlosowi w prowadzeniu lokalnego radia. Poznajemy losy pozostałych bohaterów.

 

Ten szkielet fabularny wzbogacony jest rzecz jasna o liczne szczegóły. Bohaterowie dorastają w kraju, gdzie trzeba kraść kury, by zjeść kawałek mięsa (w sklepach można kupić ocet bądź sól), a stuzłotowy banknot nadaje się co najwyżej do „podkładania pod nogę stolika, żeby się nie kiwał”. Absurd sytuacji wzmacnia fakt, że wszystkich bohaterów oglądamy oczami Anglika, który nie rozumie ani języka polskiego, ani zawiłej sytuacji politycznej kraju; jest obcy, a jego krytyczne spojrzenie – usprawiedliwione.

 

Infantylne ksywy Carlosa, Dyzia, Gipsona czy Żożo, którzy mają jeszcze „twarze wczorajszych dzieci”, współgrają z ich mentalnością; ich bunt w gruncie rzeczy nie jest polityczny, jest buntem nastolatków. Niby wypisują na murach hasła Solidarnościowe, ale w ich rozmowach brakuje głębszego namysłu nad polityką. Lekarstwem na otaczającą ich szarość jest muzyka Joy Division czy Pink Floyd. Bardzo ważna dla tej części książki jest scena koncertu polskiego zespołu Miki Mouseoleum:

 

„Z dźwięku, bliskości innych ciał i mroku powstawało zaklęcie, słowo pozwalające odzyskać zmysły i przez następne dni i lata widzieć, oddychać i iść, iść. Zaklęcie, nadzieja, której przedtem było tutaj mniej. Karmili się nią wszyscy tu ukryci, skupieni na muzyce, przejęci nagłą wiedzą, że istnieją, są, jeszcze trochę będą”.

 

Emigracja do Stanów Zjednoczonych dla większości z nich kończy się rozczarowaniem. Imają się różnych niskopłatnych prac (np. oczyszczają budynki z azbestu), szmuglują papierosy, grają w jazzowych big-bandach na statkach wycieczkowych; Lidka zostaje utrzymanką trzech yuppies, którzy urządzają z nią pornograficzne orgie. „Tutaj się zwyciężało albo wracało do domu”, mówi narrator; wszyscy bohaterowie spotykają się więc ponownie w Polsce, w jakimś stopniu odarci ze złudzeń, przegrani, upodleni. W kraju czeka ich walka o swój kawałek podłogi i nerwowe doglądanie biznesu: Lidka założy wypożyczalnię kaset wideo, Carlos – stację radiową; zmienił się system polityczny, ale i tak najbardziej liczą się układy i znajomości, bez których nie da się przetrwać.

 

Niskie łąki czyta się świetnie – szybka akcja, ironiczny język, wyraziste postaci składają się na naprawdę solidną powieść. Trochę za dużo w niej „zbiegów okoliczności”: bohaterowie co chwila na siebie wpadają,  nie dają o sobie zapomnieć; Siemion w jednym z wywiadów tłumaczy: „Pisząc, trzeba wzmacniać, przesadzać, przeginać, zagęszczać codzienność, zagęszczać postacie, żeby nie zginęło to potem w przekładzie na słowa”. Pisarz jest wierny własnej recepcie, a jego książkę czyta się niemal tak, jakby oglądało się film; siłę obrazów Niskich łąk potwierdza fakt, że wrocławski Teatr Współczesny wystawił sztukę opartą na książce.

 

Jak ma się powieść Siemiona do rozważań o „pokoleniu ’89”? Przychylam się do zdania Agaty Bielik-Robson, która stwierdza, że takie pokolenie nie istnieje, w tym sensie, że wydarzenia polityczne, w których brali udział bądź które biernie obserwowali, nie wpłynęły zasadniczo na ich życie, nie scementowało ich. Widać to wyraźne w Niskich łąkach, w których polityka schodzi po prostu na dalszy plan, nie jest uświęcana; jak pisze Bielik-Robson: „Narracja pokoleniowa Siemiona dekonstruuje się sama, grzęznąc w banalistycznej monotonii opisów kolejnych balang, zadym ulicznych, damsko-męskich zawirowań”. Nic to jednak nie szkodzi, bowiem książka w doskonały sposób przybliża czasy przełomu; pozycja obowiązkowa.

Advertisements