O tej książce wspominałem już przy okazji tegorocznej gali Nike – Ignacy Karpowicz był moim faworytem; był też (i pozostaje) kimś w rodzaju „odkrycia roku”, bo wcześniej go nie znałem. Egzemplarz Gestów leżący obok mnie jest już naprawdę sfatygowany, zaczytany i wystrzępiony, bo niezmordowanie podsuwałem go znajomym, mówiąc: „Musisz przeczytać, koniecznie”. Brali, czytali posłusznie, niektórym się podobało (nawet bardzo).

 

Na pierwszych stronach powieści pojawia się fotografia, czym Gesty przypominają Widnokrąg Wiesława Myśliwskiego; jest to nieomylny znak, że opowieść skupi się raczej na tym, co minęło, niż na teraźniejszości, i tak się dzieje. Grzegorz rozpoczyna swój przygnębiający, ponury monolog, który wciąga jak bagno, przytłacza; wyłania się z niego portret wydrążonego, jałowego człowieka, który żyje tylko po to, by pochować swoją schorowaną matkę.

 

W planie fabularnym praktycznie nic się nie dzieje: 40 letni mężczyzna przyjeżdża do Białegostoku, do rodzinnego domu, by spędzić ostatnie chwile z matką; jednym z najczęściej powtarzających się zwrotów jest właśnie „moja matka” i „moja stara matka”, bo narracja Grzegorza rozpięta jest między tymi dwoma biegunami: matką i synem. W tle przewijają się postaci z dzieciństwa i młodości: ojciec, ciotki, brat; pierwsza, licealna miłość, Kasia; dawny kolega z klasy, Paweł, który teraz jest lekarzem matki Grzegorza. Pochód zmarnowanych szans, zaprzepaszczonych związków i przyjaźni; nic dziwnego, że dla narratora „ośrodkiem szczęścia jest przeszłość”.

 

Bohater, z zawodu reżyser teatralny, mieszka w kamienicy w Warszawie, żyje dostatnio; jest uzależniony od papierosów (wypala dwie paczki dziennie), alkoholu, leków nasennych i przeciwbólowych. Lękiem napawa go co najwyżej poranek „bez kawy, papierosa i papierowej gazety”. Jest samotny, ale przywykł do tego stanu; próżno doszukiwać się w jego dzieciństwie traumatycznych wydarzeń, mimo to jest apatyczny, zimny, wycofany. Nie potrafi nawet rozmawiać z matką, więc siedzą obok siebie, w milczeniu oglądając telewizję.

 

Ta obcość wyraża się również w języku, jakim Grzegorz opisuje matkę. Po przyjeździe do domu, kiedy zastaje ją zamyśloną w fotelu (bardzo proustowska to scena), odnosi wrażenie, że widzi kogoś obcego; podobnie o niej mówi: „skóra wisiała smętnie, zwłaszcza na policzkach, nad powiekami, pod brodą, wisiała jak ścierki; nie doprane, poplamione skazami, pieprzykami, nitkami pojedynczych włosów”; „widzę głowę matki, rzadkie pęczki włosów uczepione skóry. Skóry zrytej ciemnym dłutem żył, z okrągłymi czekoladowymi plamkami starości”.

 

Gesty zachwycają błyskotliwą frazą, niespodziewanym porównaniem czy (nie)wyszukanym paradoksem; nie można przejść obojętnie obok zdania „Ból wykręca jelita, moje ciało kurczy się z bólu jak plastikowa reklamówka w ogniu”. Proste, ale niezwykle obrazowe. Krytycy zarzucają Karpowiczowi, że zbyt dużo wagi przyłożył do strony formalnej – książka ma 40 rozdziałów, z których każdy zatytułowany jest słowem na literę „G”, jak Grzegorz; nie podoba im się również glosa zamykająca książkę, a samo zakończenie wydaje się przekombinowane. Przy drugiej lekturze rzeczywiście trochę to wszystko przeszkadza, drażni też patos licealnych rozmów, prowadzonych przez  Grzegorza i Kasię. Nie zmienia jednak faktu, że to jedna z ważniejszych dla mnie książek tego roku.

Reklamy