Prezentowany powyżej kadr, który otwiera „Dom zły”, zachwyca. Skute lodem pole, milicjant palący papierosa, nadjeżdżająca suka, która wpadnie za chwilę w kontrolowany poślizg. Surowa biel zakłócona milicyjnym błękitem. Kojarzy mi się, jak wielu, z „Fargo” braci Coen, ale nie zawsze można mieć wyjątkowe skojarzenia.

 

Liczne pozytywne recenzje, które przeczytałem, zanim wybrałem się do kina, nie kłamały. Poprzedni film Smarzowskiego, „kultowe” „Wesele”, nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia; pomysł na fabułę, czy dokładniej rzecz ujmując, „okoliczności fabularne” (wesele) wydały mi się trochę wtórne, i nie mam na myśli Wyspiańskiego, ale np. film „Głośniej od bomb” Przemysława Wojcieszka, w którym to, co złe i zaściankowe w Polaku (człowieku), wychodzi na jaw przy okazji pogrzebu. „Dom zły” wrażenie zrobił.

 

Fabuła filmu bardzo przypomina dramat Karola Rostworowskiego „Niespodzianka” (Smarzowski twierdzi, że najpierw napisał scenariusz, potem dowiedział się, że „to Rostworowski”) którego kanwą jest „morderstwo popełnione na własnym synu, dokonane przez ubogie białoruskie małżeństwo, które nie rozpoznało go w bogatym przybyszu z Ameryki”. Smarzowski całą rzecz przerabia, dodaje wątki poboczne, uwspółcześnia i osadza w realiach polskiego PGR-u z końca lat 70.

 

Akcja filmu rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Pierwsza ma miejsce w roku 1978, podczas jednej nocy, kiedy zootechnik Środoń trafia do domu Dziabasa, w którym wydarzy się zbrodnia. Druga dzieje się trzy lata później, gdy trwa śledztwo w sprawie morderstwa w tymże domu. Oba wątki są ze sobą splecione: obrazy przedstawiające wydarzenia z 1978 roku przemieszane są z filmowanymi z ręki fragmentami wizji lokalnej. Oba plany czasowe łączy też wódka – tak w domu Dziabasów, jak i podczas śledztwa, pije się na umór; jak śpiewa Kazik: „produkują wódkę (…) abyś sam nie mógł myśleć, abyś sam nie mógł chodzić”.

 

Środoń próbuje wytłumaczyć, jak doszło do morderstwa, ale pijani milicjanci i prokurator nie chcą go słuchać, bo mają już swoją wersję wydarzeń, która tuszuje ich malwersacje w pegeerze. Najwyższą władzę dzierży aparatczyk, pojawiający się niby deus ex machina w czarnej Wołdze, która, warto odnotować, często używana jest w opisach PRL-u jako symbol władzy. To on, zaszantażowany przez porucznika milicji, postanawia pozbyć się zarówno niepokornego podwładnego, jak i oskarżonego, który doskonale pasuje na kozła ofiarnego. Środoń powoli domyśla się, że jest wrabiany w podwójne morderstwo, ale wie, podobnie jak widownia, że nie ma dla niego ratunku – w tym filmie wszyscy przegrywają. „Dom zły” czytam jako alegoryczne przedstawienie PRL-u i komunizmu – systemu, który upodla i poniża ludzi, który przeżarty jest korupcją, przekrętami i wzajemną nieufnością, w którym wszyscy donoszą na wszystkich i który przepełniony jest nienawiścią. Pytanie, które zadaje reżyser, ma jednak charakter o wiele bardziej ogólny i brzmi: unde malum?

Advertisements