Historia to nieprawdopodobna, o trupie, co nie jest martwy i miłości do tegoż trupa, która jest bezbrzeżna. Zaczyna się od śmierci jednego z bohaterów: Mikołaj, ledwie kupiwszy Gazetę Wyborczą, ginie na przejściu dla pieszych pod kołami samochodu. Ciało ofiary zawozi do szpitala Anna, która przypadkowo (?) pojawiła się na miejscu wypadku.

 

Znak zapytania stawiam dlatego, że w powieści przypadek zastąpiło fatum: Anna musiała tam być, podobnie jak kierująca samochodem Ala. Z każdą stroną książki tych „przypadków” i postaci pojawia się coraz więcej, wszystkie zaś okazują się być ze sobą jakoś związane. Szczytem tej ludzkiej piramidy jest, rzecz jasna, Mikołaj, świeży trup.

 

Trup niezwykły (nie całkiem martwy) (bo utrzymujący ciepło), który wzbudził w Annie irracjonalną miłość, gdy tylko zobaczyła jego twarz („najczystsza twarz, jaką widziała w swoim życiu”). Odwozi ciało prywatnym samochodem do szpitalnej kostnicy, ale po drodze zabiera znaleziony w kieszeni denata portfel z dokumentami i klucze do jego mieszkania. Po pracy jedzie tam i czuje się jak u siebie – przygotowuje kolację, bierze gorącą kąpiel, otula się szlafrokiem Mikołaja; rano psiknie się jego perfumem. Z błogiego stanu wyrywa ją dźwięk telefonu – dzwoni babka zmarłego; Anna przedstawia się jako jego dziewczyna, angażując się tym samym w ten (niezdrowy) (nie dla Mikołaja) związek. Zdarzenia narastają lawinowo.

 

Tyle jeśli chodzi o główną intrygę. Na drugim planie mamy okazję poznać losy Mikołaja, spisane przez jego ojca, alkoholika i erotomana, natchnionego przez Ducha; Wiesław odmalowuje biblijnym, stylizowanym na średniowieczny językiem dzieje życia swego syna, którego, notabene, wcale nie pragnął:

Usuniemy ciążę. Tedy baba w szloch i smark uderza, a mnie ręka nie wie – małżonkę wybijać do rytmu niby perkusję albo sobie włosy z głowy rwać. Powiada Pismo, że wąż najchytrzejszy z całej gadziny i prawda to. Żona jednako chytrzejsza nad najchytrzejszego reptiliona.

Cud nie ma jednak ambicji moralizatorskich, nie jest ani pochwałą życia poczętego, ani krytyką alkoholizmu czy niewierności małżeńskiej; jest komiczną  powieścią, pełną gier językowych i zabawnych bon motów. Czytając, bez trudu odczuć można przyjemność, jaką Karpowicz czerpał z pisania; widać ją w swobodzie skojarzeń i popuszczonych wodzach języka. Za tą językową fasadą kryje się – teraz fraza z pamiętnika nastolatki – opowieść o samotności i potrzebie miłości, o smętnym, kieratowym życiu dorosłych, w którym cud, taki jak Mikołaj, zdarza się niezmiernie rzadko.

Reklamy