Grzegorz Jarzyna po raz kolejny przeniósł na deski teatru dzieło filmowe (jego „Uroczystość” była adaptacją filmu „Festen” T. Vinterberga): tym razem padło na Piera Paolo Pasoliniego. Reżyser „Uroczystości” często przyznaje, że Pasolini, podobnie jak wcześniej Witkacy, jest dla niego artystą totalnym, spełnionym, swego rodzaju wzorem, a już na pewno inspiracją. Najnowsza sztuka Jarzyny bazuje na obrazie „Teorema” z 1968 roku, chociaż, jak zaznacza Jarzyna, w scenariuszu sztuki wykorzystał również elementy pochodzące z innych dzieł Włocha – cytuje jego wiersze, fragmenty dzienników i powieści.

 

Spektakl otwierają statyczne, pozbawione dialogów sceny rozgrywające się w domu zamożnego przemysłowca, Paola (Jan Englert). Poznajemy jego żonę Lucię (Danuta Stenka), która w promieniach porannego słońca kładzie makijaż (te sceny bardzo przypominały mi obrazy Hoppera, przedstawiające samotne kobiety w hotelowych pokojach; reżyseria światła w T.E.O.R.E.M.A.C.I.E. jest doskonała), dzieci – Odettę i Pietra oraz służącą, Emilię. Powtórzona trzy razy scena (z niewielkimi wariacjami) ukazuje zrutynizowany obrządek dnia i beznamiętne relacje między postaciami. Paolo, głowa patriarchalnej rodziny, czyta i pisze, żona i dzieci ubierają się, czeszą, malują, cały czas przeglądając się w lustrze; Emilia przygotowuje posiłki i sprząta. Nie zamieniają ze sobą niemal słowa. Ich rytm życia wyznaczany jest przez mieszczańskie rytuały, takie jak np. wspólny obiad, ale są one tylko pustą formą pozbawioną znaczeń. Mieszkają razem, ale są sobie zupełnie obcy; są bogaci, ale tak naprawdę nie mają niczego. Impas przerywa list z krótką informacją, który otrzymuje Paolo: „Jutro przyjeżdżam”. Wiadomość nie jest podpisana.

 

Następnego dnia w domu Paola zjawia się przystojny młodzieniec, który w krótkim czasie stanie się kochankiem wszystkich: uwiedzie pokojówkę, w homoseksualnym akcie stworzy nową tożsamość Pietro, rozpali namiętność w matce i córce, zafascynuje Paola. Gość jednak niespodziewanie odjeżdża, znika tak nagle, jak się pojawił, i pozostawia bohaterów samych. Dopiero teraz rozpoczyna się właściwy dramat: zbudowany na chwilowej iluzji świat rozpada się; w powietrzu wisi pytanie, zadane przez nieznajomego: „Co jest ważniejsze, utożsamienie się czy istnienie?”.

 

Bohaterowie odpowiadają na nie tak, jak potrafią: Paolo oddaje fabrykę w ręce robotników, wyrzekając się tym samym dóbr materialnych; Lucia prostytuuje się w poszukiwaniu namiastki miłości; Pietro swoją odkrytą homoseksualność próbuje sublimować w sztuce, malując obrazy; Emilia wyjeżdża; Odetta umiera w kataleptycznym ataku.

 

Pierwsze pytanie, jakie ciśnie się na usta, to: kim był tajemniczy przybysz? Krytycy widzą w tym Godocie à rebours (bo jednak się zjawia) to Jezusa, to znów Szatana bądź rozmaite ich kombinacje: Jezus/Szatan, Jezus/Dionizos, Jezus/Budda itp. Jedno jest pewne – nieoczekiwany gość ofiarowuje bohaterom sztuki miłość, namiętność, której, wbrew pozorom, są bardzo złaknieni, a która w spektaklu przyjmuje postać promiskuitycznego seksu. Te krótkie zbliżenia ciał są tylko namiastką, zapowiedzią (możliwej) pełnowymiarowej miłości; taką interpretację potwierdza scena, w której Emilia, opuściwszy dom, siada na ławce i zaczyna rozmawiać z otaczającymi ją ptakami (motyw franciszkański). Zadaje pytanie: czego chce od nas Stwórca?, w odpowiedzi zaś słyszy: miłości.

 

Osobny wątek stanowi zagadnienie boga, który w rodzinie Paola (a można ją przecież traktować jako symbol kapitalistycznego społeczeństwa) zredukowany został do tego, co materialne, do bogactw, konsumpcjonizmu. Zapytany na początku sztuki o to, czy wierzy w Boga, Paolo odpowiada: „nie rozumiem pytania”. Powraca ono pod koniec sztuki w nieco innej formule – na ekranie widzimy film przypominający „Gadające głowy” Krzysztofa Kieślowskiego, w którym prości ludzie starają się odpowiedzieć na pytanie „co to jest cud?”, i czy w cuda wierzą. Większość odpowiada twierdząco – Paolo nie potrafi się na taki gest zdobyć. Po raz ostatni widzimy go, gdy leży nagi na pustyni.

 

Najnowsza sztuka Grzegorza Jarzyny ujmuje łagodnością, czaruje raczej obrazem i dźwiękiem niż słowem. Wyjątkiem są monologi bohaterów, wygłaszane kolejno po zniknięciu przybysza, moim zdaniem zbędne, ponieważ zakłócają stworzoną wcześniej subtelną grę gestów (np. gdy Lucia i jej kochanek „piją” z kieliszków dym papierosowy zamiast wina) i dopowiadają to, co powinno zostać w domyśle.

 

Advertisements