Po spotkaniu autorskim Masłowska/Jarzyna miałem wrażenie, że nic ciekawego z tej współpracy nie mogło wyniknąć, oboje wypadli blado, pletli trzy po trzy, Jarzyna jak zwykle trochę arogancki, Masłowska bezczelna i pełną gębą zaprzeczająca stereotypowi intelektualistki. Grubo się myliłem. Masłowska napisała kolejny świetny tekst (jej Pawia królowej uważam za fenomenalną książkę, która słuszne dostała Nike), Jarzyna zaś wyreżyserował mocną, energetyzującą sztukę, która jest jak cukierek z niemiłą niespodzianką: słodka otoczka sprawia przyjemność i wywołuje salwy śmiechu widowni, ale po jej rozgryzieniu w ustach rozlewa się gorycz.

 

W rozmowie z Justyną Sobolewską autorka Pawia królowej mówiła: „Zderzyłam pokolenia: języki, sposoby myślenia, funkcjonowania, inne codzienności, żeby wydobyć ten zgrzyt, ten brak czegoś takiego jak „statystyczny Polak”, brak platformy, na której to by się wszystko spotykało i moglibyśmy powiedzieć „my”. Wszystko to jest w tej sztuce dość makabryczne, przerysowane (…)”. Na scenie pojawiają się najpierw trzy kobiece postaci, reprezentujące te pokolenia: babka (cudowna, rozczulająca Danuta Szaflarska), matka (Magdalena Kuta) i córka (Aleksandra Popławska). Każda z nich posługuje się innym językiem i żyje czym innym – matka pracuje 32 godziny na dobę w hipermarkecie, gdzie jest wykwalifikowanym przesuwaczem palet z towarem, jej pasją jest NIE jeżdżenie na wycieczki i NIE kupowanie dóbr reklamowanych w gazetkach sklepowych, bo jej na nie NIE stać. Córka, zafascynowana Internetem i „downloadowaniem” wciąż wadzi się z babcią na wózku inwalidzkim, która wspomina dzień wybuchu II Wojny Światowej, czasy, gdy mogła jeszcze chodzić, Polska była piękna, Polacy szczęśliwi itd.

 

W tym starciu objawiają się trzy czasy historyczne – Babcia jest figurą życia przedwojennego, reprezentantką ancien régime; matka symbolizuje tych, którzy odpadli z morderczego, kapitalistycznego wyścigu o wszystko; córka zanurzona jest w rzeczywistości wirtualnej, czuje się Europejką, nie zdaje sobie do końca sprawy z tego, że wkrótce może zająć miejsce matki czy „grubej jak świnia” sąsiadki (Maria Maj). Wszystkie łączy BRAK-własnego-pokoju, który w planie realistycznym oznacza po prostu gnieżdżenie się w kawalerce, w bloku z płyt azbestowych, w planie symbolicznym z kolei – może brak wspólnego wyobrażenia o Polsce? Ich absurdalne dialogi są przezabawne, Masłowska po raz kolejny udowodniła, że ma niebywały słuch językowy; gdy jednak zastanowić się nad perspektywami każdej z bohaterek, śmiech szybko zamiera, bo tych perspektyw BRAKUJE, ich NIE MA (co podkreślane jest przeczeniem, które pojawia się w prawie każdej ich wypowiedzi).

 

Następuje nagła zmiana dekoracji i postaci – na scenę wkracza reżyser (Adam Woronowicz), twórca filmu „Koń, który jeździł konno”. W produkcji, mającej na celu ukazanie problemów współczesnej Polski główną rolę gra Jasiek (Rafał Maćkowiak), sfrustrowany, zmęczony mieszkaniem w bloku i otaczającą go pustką. Scenariusz filmu rzecz jasna ledwo trzyma się kupy, a wypowiedzi reżysera kwitowane są wybuchami śmiechu. Po chwili widzimy odtwórcę roli głównej oraz reżysera w studiu telewizyjnym, w którym udzielają wywiadu. Szybko okazuje się, że nie mają zbyt wiele do powiedzenia: autor powołuje się np. na „Hokelbeta”, którego wcale nie czytał, reżyser z kolei nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zajmuje się reżyserią; uwagę mediów przykuwa zatem świeżo upieczona celebrytka, Monika. Kolejną reprezentantką „elit” jest Edyta (w tej roli świetna Roma Gąsiorowska, która z równym powodzeniem zagrała w ekranizacji Wojny polsko-ruskiej), seksowna bizneswoman, którą film… wzruszył, otworzył oczy na fakt, że „życie jest takie życiowe a niesprawiedliwość niesprawiedliwa”. I tak dalej…

 

W przeciwieństwie do stonowanego, „filmowego” „T.E.O.R.E.M.A.T.U”, „Między nami dobrze jest” to spektakl bardzo żywiołowy, w którym najważniejsze są słowa, lejące się bez przerwy; króluje postać Małej Metalowej Dziewczynki, która w niesamowitym tempie, strzelając słowami niczym z karabinu maszynowego, wygłasza coś w rodzaju podsumowujących monologów (wielkie brawa dla Aleksandry Popławskiej). Z wypowiedzi bohaterów wyłania się obraz szarej, brudnej Polski, w której „pogoda jest ciemna”, „temperatura – zimna” etc. i Polaków szukających pocieszenia w debilnych programach telewizyjnych, leczących kompleksy narodowe poprzez wsłuchiwanie się w chrześcijański głos Radia Maryja (otwarcie głoszący, że kiedyś wszyscy byli Polakami, ale w wyniku politycznych niesprawiedliwości ostał nam się jedynie ten „spłachetek piaszczystej ziemi nad Wisłą”) bądź kurczowe wpisywanie się w „bycie Europejczykiem”.

 

Tytuł sztuki pożyczony został najprawdopodobniej z piosenki Siekiery (ukłony w stronę Adama :)), w której zaraz po słowach tytułowych  pojawiają się inne, burzące harmonię owego „dobrze”: „Między nami dobrze jest / do ataku! zabić! zjeść!”.

 

Reklamy