Po lekturze kilku stron Marszu Polonii Jerzego Pilcha byłem pewien, że trzymam w rękach dalszy ciąg zwierzeń Gustawa ze Spisu cudzołożnic (przeświadczenie zdawało się tym bardziej słuszne, że jeden z rozdziałów słynnej książki krakowskiego prozaika nosi tytuł Marsz, marsz Polonia). Narrator powieści wyznaje, że z okazji 52 urodzin zapragnął sprawić sobie rozkoszny prezent – „inteligentną, szczupłą i mierzącą najmniej metr siedemdziesiąt dziewczynę lekko przed trzydziestką”. Czasu daje sobie „tyle, ile Chrystus na Zmartwychwstanie: cały weekend”. Kilka stron dalej Pilch puszcza oko do czytelnika: wspomina o zakupionej niedawno w  antykwariacie książce Rzecz o mych smutnych kurwach (polski tytuł kończy się łagodniej), najświeższej powieści Gabriela G. Márqueza, której bohaterem jest 90-letni mężczyzna, z okazji urodzin pragnący – w ramach prezentu rzecz jasna – uwieść nieletnią dziewicę. Mamy więc coś w rodzaju ramy intertekstualnej, ale jak się później okazuje – podobieństwa między książkami na tym się kończą.

 

Bohater Marszu wyrusza wczesnym rankiem na łowy, opisuje z wielką dokładnością topografię ulicy Hożej w Warszawie, meneli sterczących pod bramą sklepu nocnego itp.; bezcelowe szlifowanie bruków przerywa sms z zaproszeniem na bal u Beniamina Bezetznego (Jerzy Urban?), byłego działacza komunistycznego, który słynie teraz z wyprawianych u siebie hucznych imprez (ponoć grali tam nawet Rolling Stonesi). Mogłoby się zdawać, że przed nami powieść realistyczna pełną gębą; nic bardziej mylnego. Jeden z bohaterów stwierdza ironicznie: „Jak się nie chce albo nie umie dać wielkiej realistycznej powieści – zawsze można dać mały nierealistyczny poemat”. Gdy tylko bohater znika w czeluściach autokaru, który ma go zawieźć na wspomnianą zabawę, realizm kończy się jak nożem uciął. Pojawiają się za to widma, które przywołują skojarzenia z Dziadami Mickiewicza czy Weselem Wyspiańskiego, sam bal przypomina z kolei Bal w Operze Juliana Tuwima ze słynną frazą „Dzisiaj wielki bal w Operze (…) wszelka dziwka majtki pierze”.

 

Pochód widm, związanych z najnowszą historią Polski, zwłaszcza z upadkiem komunizmu, jest okazją do wyliczenia naszych narodowych przywar. Narrator robi to niejako w zastępstwie – podobnie jak bohaterowi Marqueza, nie udaje mu się usidlić żadnej kobiety; stwierdza kąśliwie „My mamy randki wyłącznie z ojczystymi widmami nie do opisania”. Spróbujmy je chociaż wymienić. Na początek – antysemityzm, ujęty w zgrabną, lakoniczną formułę „Porządni ludzie, ale antysemici”. Potem – katolicyzm i mit „naszego papieża”, ukazany na przykładzie Michała Koniecpolskiego: „skończył politechnikę, jest wziętym i cenionym architektem. Żona, czworo dzieci. (…) Dom wzorowy z lekkim jednak przegięciem jak idzie o kult Papieża. Nadmiar portretów, podobizn, dzieł, fotografii i osobistych wspomnień z licznych pielgrzymek”. Pojawia się Zagubiona Legenda Solidarności, Ślepy Generał (Jaruzelski), Matka Polka, Ostatni I Sekretarz PZPR, towarzysz Garstka, „Facet oblepiony fotografiami zmarłych w niewyjaśnionych okolicznościach księży”, ksiądz Stollo i inni. Pilch wspomina też o teczkach IPN-u, ojcu, który służył w Wehrmachcie, walce Giertycha z ewolucją etc. Na niecałych 200 stronach powieści zgromadził wszystkie bolączki, z którymi Polacy od lat nie mogą się uporać; lekarstwem na tę patową sytuację ma być groteskowy meczu piłki nożnej: Arka Noego kontra Wieża Babel, komunizm vs opozycja, dobro przeciw złu. Parafrazując braci Coen: to nie jest kraj dla normalnych ludzi; „Normalny Polak myśli o emigracji raz w tygodniu”.

 

Jest też w najnowszym Pilchu spora dawka bolesnej autoironii. Naśmiewa się z własnej choroby („ręce mi się trzęsą jak Janowi Pawłowi II pod koniec życia”), czuje zbliżającą się nieubłaganie starość/śmierć: „każdego ranka budziłem się ze ściśniętym sercem i absolutną pewnością, że obojętnie, ile jeszcze będę żył: rok, dwa, dziesięć, czterdzieści, sześćdziesiąt, sto, sto pięćdziesiąt pięć – obojętnie ile – śmierć i tak jest tuż-tuż”. Łączy to, co prywatne, z tym, co dotyczy nas wszystkich. Całość napisana jest z charakterystyczną dla Jerzego Pilcha swadą, skrzy się humorem; rzecz czyta się wyśmienicie.

Advertisements