1. Jedenaście, powieść zamykająca tryptyk „kryminalny” Marcina Świetlickiego (cudzysłów dlatego, że jego ‘kryminalność’ omawiano już wielokrotnie, z różną diagnozą), wywołała wśród krytyków literackich (i nie tylko) spore ożywienie, zwłaszcza po przyznaniu jej w 2009 roku Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii proza. Kinga Dunin, zapytana w ankiecie „Dwutygodnika” o „niesmak roku” wskazała właśnie NLG: „Nagroda Gdyni dla Marcina Świetlickiego. Jury powinno do końca życia chodzić w papierowych torbach na głowach”. Do tego jeszcze nieprzychylna reakcja członków i sympatyków Krytyki Politycznej, którym w powieści nieźle się dostało (wspominałem o tym przy okazji recenzowania Niskich pobudek). Skąd te emocje?

 

2. W wierszu Jedna linijka przeciw Państwu z tomu Muzyka środka Świetlicki pisał: „bo Państwo nie zasługuje na więcej linijek, Państwo boi się wiedzieć dlaczego”. W Jedenastu tych krytycznych, złośliwych linijek jest całe mnóstwo. Oberwało się nie tylko „Krytyce politycznej”; w krzywym zwierciadle ukazana została IV RP „pod honorowym patronatem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego”, a szczególnie Kraków, któremu z kolei życzliwie patronuje „Prezydent Miasta Profesor Jacek Majchrowski”. Dawno nikt tak cierpko nie pisał o współczesności bez uciekania w groteskę. Pokpiwa sobie autor z mediów, za wszelką cenę szukających sensacji („66TV”), z polityków, z mody na homoseksualizm (uroczy pan Wiesław), politycznej poprawności (telewizja zrezygnowała z wyświetlania serialu Mały mistrz na tropie, bo dzieło to zostało oprotestowane przez opozycyjnych kombatantów), „Tygodnika Powszechnego” etc.

 

3. Bohater powieści, mistrz, jako żywo przypomina mi Świetlickiego, a właściwie wyobrażenie, jakie mam o nim po lekturze jego wierszy. Jako że autor Odcisków wyraźnie instruował w wierszu Limbus: „A bohater, zwany niekiedy mistrzem, w żadnym wypadku nie był tożsamy / ze Świetlickim, tak tylko uważały osoby niezbyt żwawe mentalnie”, by nie zostać posądzony o mentalną powolność, nie będę utożsamiał bohatera książki z autorem, ale pozwolę sobie wyliczyć niektóre uderzające zbieżności. Mistrz cytuje wiersze Świetlickiego („seks po Danielsie jest o niebo lepszy / niż po haszyszu”, Dwa dni wakacji z Muzyki środka), tak jak bohater jego wierszy ma skłonność do alkoholu, pije w lokalach, w których można bądź można było Świetlickiego spotkać (Piękny pies), jest podobnie nieprzysiadalny, a wolne miejsce obok siebie nakrywa gazetą bądź kurtką (jak w wierszu Listopad); nosi czarne okulary („po zdjęciu czarnych okularów świat przerażający jest tym bardziej”, pisał poeta w wierszu Pod wulkanem), ma sukę-bokserkę, którą oprowadza po krakowskich Plantach, nie znosi słowa „projekt”, o czym napisał Świetlicki w Niskich pobudkach. Itd., itp. Mistrz jest cyniczny, zblazowany i oschły, trochę autystyczny; do tego zabawnie (i nieświadomie) parodiuje „prawdziwego” bohatera kryminałów, który dwoi się i troi, by odnaleźć mordercę: mistrz po prostu siedzi i pije, czekając, aż zagadka sama się wyjaśni. Odbija się to wyraźnie na kryminalnej fabule Jedenastu – co prawda już na początku książki pojawia się trup, ale z racji specyficznego bohatera („jego czas się skończył”) śledztwo wcale nie nabiera tempa, nic się nie dzieje. Z tyłu okładki czytamy, że do 160 strony jest to powieść metafizyczna, pozostałe 50 stron – kryminał.

 

4. „W paczce pozostał już teraz tylko jeden Camel. Wszystko się kończyło”. To zdanie łączy w typowy dla Świetlickiego sposób realistyczny opis rzeczywistości (część I) z metafizyczną refleksją (część II) i jest ich w powieści bez liku. Brak akcji sprzyja ponurym rozmyślaniom mistrza, które można skwitować wersem z cytowanego wyżej Pod wulkanem „Wszystko, co kochałem, / uległo rozkładowi”. Odsłania się kolejna – może najważniejsza – sfera książki Świetlickiego: opiewanie straty. Świat, Polska, Kraków, kluby, przyjaciele – wszystko jest inne, niż było, bądź w ogóle nie istnieje; mistrz sam siebie bierze za widmo: „Dziś czasem spotykał niektórych z nich, ale to już nie koledzy byli, a widma. Widma uwikłane w poglądy polityczne, rodzinę, teściów, żonę, dzieci, pracę, samochód, telefon komórkowy, komputer, konieczność wyjazdu na zagraniczne wakacje – albo widma innego rodzaju, widma zapętlone w alkoholu i kłopotach, ożywające tylko, kiedy się wspominało dawne czasy. Mistrz to rozumiał, wszak sam był widmem”. W planie realistycznym „widmowość” mistrza można tłumaczyć brakiem dowodu osobistego, rodziny czy pracy; wynika ona jednak raczej z poczucia starości (mistrz „spuchł, utył i posiwiał”), to co dobre czy ważne, dawno już minęło: „W mieście od dawna nie było już życia. (…) mistrz po prostu się zestarzał, dwadzieścia lat temu nie odczuwał tak dojmująco braku życia, miasto było wtedy samym życiem, miasto miało wiele sensu dwadzieścia lat temu. (…) Miasto umarło przed wielu laty”. W miejsce tego, co minęło, pojawiła się pustka, przez Świetlickiego często przywoływana w wierszach jako Nic: „Różnie to Nic mistrz sobie nazywał. Albo świat, albo Polska, albo Ludzie, albo społeczeństwo, albo Szatan, albo Urząd. Albo Złe”. Ostatkami sił, dość niechętnie (ale jednak) walczy mistrz z tą pustką, walczy ze Złem, które w Jedenastu bezpardonowo się ujawnia.

 

5. Świetlicki, zapalony czytelnik kryminałów, w rozmowie z Robertem Ostaszewskim w „Dekadzie Literackiej” wyznaje, że ceni „kryminały, w których nie tylko to, kto zabił, jest istotne”. Jedenaście z pewnością jest czymś więcej niż typowym whodunit; kryminalna intryga – ponoć o wiele wyrazistsza niż w poprzednich częściach trylogii kryminalnej Świetlickiego – jest tylko jednym z elementów książki. Warto ją przeczytać zwłaszcza dla tych pozostałych. I dla finału powieści, która kończy się – jak jeden z najsłynniejszych wierszy Świetlickiego pt. Dla Jana Polkowskiego – wzruszeniem ramion.

Advertisements