Ale kiedy będzie robił przegląd swoich ulubieńców
to chyba nas nie znajdzie, choć lubiliśmy spektakle
sezonów, gwiezdne zapusty, szum nieba
broczącego światłem tamtej sierpniowej nocy
kiedy płynęliśmy na wstecznym biegu aż pod ścianę lasu
śmiejąc się do krawężników, zrywając boki w zielonym
nierządzie lata. Chcieliśmy osunąć się
na miękkie łachy świtu, tymczasem noc
zagarnęła nas w niebo meteorów.

Cóż, gdzie indziej inaczej myśli się o życiu.
Kiedy z papierosami w ustach na niepewnych nogach
staliśmy rozkołysani, dwa statki na kotwicowisku
lustrujące się seriami niejasnych sygnałów –
czy nie pragnąłeś być jedynie perspektywą,
polem mojego widzenia, nie zaś rzeczą olśnioną
bladymi płomykami na twoich ciemnych szkłach?
Taka gęsta atmosfera. Jakby moje dni
były otaksowane, a twoje wargi gotowe
już mówić, że ach, t a m t y m razem
(a był to ostatni raz) los
działał stanowczo w sposobie patrzenia,
gdyż ten, który wszechobejmuje, unosi
w przyszłość rzecz dawno minioną,
wycofaną przez życie z obiegu
jak meteoryt. I od tej pory
twój każdy krok będzie donikąd,
gdzie na ciebie czekam.

Andrzej Sosnowski, Ostatki (11/12 sierpnia 1993) z tomu Sezon na Helu (1994).

Reklamy