Utwory Julii Fiedorczuk pomieszczone w jej debiutanckim tomie Poranek Marii i inne opowiadania są niby cięcia skalpelem: ciche, precyzyjne i pozostawiające po sobie głębokie rany.

 

Całość otwiera opowiadanie Mamo, moje ciało chce tańczyć – zbiór migawek z życia kilku kobiet, pojawiających się w kolejności od najmłodszej do najstarszej. Trudno wyobrazić sobie lepsze wprowadzenie w świat opowiadań Fiedorczuk: wystarczy kilka stron, by wydobyć na wierzch charakterystyczne dla tej prozy, obezwładniające czytelnika motywy: opresję (najczęściej seksualną) i wykluczenie. Najpierw pojawia się kilkuletnia Olusia, dłubiąca na uboczu patykiem w ziemi w poszukiwaniu dżdżownic; później nastoletnia M., która wracając ze szkoły doświadcza pierwszej seksualnej agresji; wreszcie dorosłe J. oraz S., samotne, zagubione, bezradne. Na koniec widzimy postarzałą, rozmyślającą o samobójstwie, bezimienną bohaterkę.

 

Większość portretów, które znajdują się w Poranku Marii…, to portrety kobiet. Są w różnym wieku, na różnych szczeblach kariery, niektóre z nich w ogóle poza nawiasem społeczeństwa; jedne żyją pod koniec lat 80., inne w czasach nam współczesnych, wszystkie w „centralnej Polsce”, krainie rozbuchanego patriarchatu. Każda z nich traktowana jest tutaj jak przedmiot, co odczuwają na każdym kroku – na ulicy, w szkole, w pracy. Odstają od „normalnego” społeczeństwa i kryją się przed nim, bo w zetknięciu z jego regułami czują się bezbronne.

To dlatego M. stoi bezradna, gdy koledzy z klasy ją obmacują, to dlatego Maria pada ofiarą gwałtu, którego nawet nie jest w stanie sobie uświadomić:

„siedzi w trawie, próbując ustalić, co się właściwie stało. Wreszcie dochodzi do wniosku, że właściwie nic. Zakłada tornister na plecy, schodzi w dół i kieruje się w stronę domu”.

Precyzyjne i pozbawione emocji zdania, z których Fiedorczuk buduje opowieści, gwałtownie kontrastują z problematyką, której pisarka dotyka; budzi to w czytelniku uczucie dyskomfortu, stwarza nienazywalne napięcie. Sytuacja pogarsza się, gdy uświadomimy sobie, że wszystkie niedopowiedzenia, które wprowadza Fiedorczuk do tekstu, rozszyfrowujemy automatycznie i uzupełniamy poznanymi w procesie socjalizacji zachowaniami: gdy samotna dziewczyna idzie do parku, musi zostać zgwałcona, to naturalna kolej rzeczy.

 

Jedyny sposób, by uniknąć przemocy, to jak najszybciej się usamodzielnić, odciąć od świata zewnętrznego, być samowystarczalnym, być Imago. Bohaterką tego opowiadania jest anorektyczka, która zamyka się w domu i zrywa kontakt ze światem zewnętrznym; pragnie przejść metamorfozę: „to musi być trudne, być mięsem, a stawać się światłem”. Opisywane przez Fiedorczuk kobiety są takim właśnie mięsem, które się ogląda, podgląda, obłapia, penetruje. Trzeba dużej odwagi i wrażliwości, by tę prawdę publicznie głosić.

 

[Pierwodruk tekstu ukazał się w najnowszym, 17 numerze „Korespondencji z ojcem” – zachęcam do lektury całości].

Reklamy