Przeczytałem wreszcie Toksymię Małgorzaty Rejmer, debiut książkowy, na który ostrzyłem sobie zęby od dłuższego czasu. Trochę jestem rozczarowany, choć wina leży raczej po mojej stronie, sam sobie ten niedosyt zgotowałem: jakiś czas temu połknąłem w księgarni kilka pierwszych stron Toksymii, które bardzo mi się spodobały, i spodziewałem się, że całość będzie utrzymana w podobnym stylu. A nie jest. Krótko mówiąc – oczekiwałem zjadliwej opowieści o Polsce, która „jest krajem tolerancyjnym, chociaż bez zbędnej przesady. (…) Polacy mają w sobie wiele ran, zarobaczonych i brudnych, które śmierdzą. Polską raną jest mężczyzna o kulach, w ortalionie. Należy go zdezynfekować, odrobaczyć i wyperfumować, żeby był Polakiem stylizowanym na manekiny z europejskich sklepów (…)”, dostałem zaś solidną, oszczędną prozę psychologiczną.

 

Na początek warto wziąć pod lupę chwytliwy tytuł książki, bo tak czy owak trzeba będzie się nad nim zatrzymać. Autorka tłumaczy:

Ten mój słowotwór pochodzi z połączenia ‚toksyn’ i ‚aleksytymii’, co daje efekt mało przyjemny, bo aleksytymia to choroba polegająca na niezdolności do odczuwania emocji z powodu blokady fizjologicznej w mózgu. Toksymia dobrze określa relacje, w których ludzie próbują tworzyć więzi, ale nie angażować się w nie. To takie podtruwanie związku, żeby on istniał, ale żeby nie być blisko, nie odsłaniać się przed sobą.

Jeśli postaci, które napotykamy na kartach książki, łączy coś więcej niż przypadek, to są to właśnie wzorcowo toksymiczne więzi. Mały przegląd: Ada Amek opiekuje się chorym na depresję ojcem, choć sama potrzebuje pomocy – boi się ludzi, potrzebę czułości (i seksu) zaspokaja u swojego sąsiada. Jan Niedziela pisze i wygłasza mowy pogrzebowe, a jego i tak smutne życie wypełnia – dosłownie – czerń, bo mieszka w zaciemnionym pokoju, chroniąc się przed „światłem, które kłamie”. W tym samym bloku żyje jeszcze Lucyna, samotna staruszka-wdowa, przekonująca samą siebie, że ma mistyczny kontakt z Jezusem oraz Longin Wąsik, polonista-motorniczy, usługujący swojej żonie Alicji, która i tak nigdy nie jest z męża zadowolona. Na deser zostaje groteskowy „związek” Anny i pana Tadeusza, powstańca warszawskiego. Staruszek zakochuje się w dziewczynie i zaczyna ją prześladować. Bohaterowie spotykają się od niechcenia i praktycznie ze sobą nie rozmawiają; ważniejsza od uczuć jest strona praktyczna związku: koleżanka Anny spotyka się z pewnym chłopakiem, „bo szybko się do niego dojeżdża i łatwo się od niego wychodzi”.

 

Wszyscy bohaterowie mieszkają na warszawskim Grochowie, dzielnicy biednej, brudnej i odpychającej. To, gdzie się mieszka, zobowiązuje, toteż opisywane przez Rejmer pokoje są po prostu odrażające: ciasne, duszne, śmierdzą i łuszczą się; podobnie postaci – pomarszczone, krzywe, spocone, z wrzodami, przetłuszczonymi włosami i jakąś rzucającą się w oczy dysproporcją czy kalectwem. W jednym z wywiadów zasugerowano, że Rejmer jest „literacką Diane Arbus”. Jeśli tak jest, to proza Rejmer ma dwie matki – obok eksponujących brzydotę fotografii Arbus trzeba postawić precyzyjne analizy tego, co wzbudza wstręt, które przeprowadziła Julia Kristeva.

 

Ta szlachetna proweniencja nie zmienia jednak faktu, że Toksymia jest w jakimś stopniu wtórna, a zachwyt krytyki literackiej przesadzony. W ostatnich latach powstało mnóstwo powieści, w których bierze się na warsztat to, co patologiczne i brzydkie: przychodzi mi do głowy choćby pisarstwo Kuczoka czy Masłowskiej. Debiutancka książka Rejmer podąża więc już dawno przetartym szlakiem, ale „rokuje” – świetny warsztat pisarki i ciekawe pomysły fabularne wzbudzają niedosyt i oczekiwanie na kolejną powieść.

Reklamy