O wierszach Andrzeja Sosnowskiego napisano kiedyś, że charakteryzuje je „odmowa łatwego kontaktu” (K. Maliszewski). Po lekturze tomu poems skłaniałbym się bardziej ku twierdzeniu, że są to utwory odmawiające kontaktu w ogóle, zamknięte na czytelnika, hermetyczne.

 

Nie wypada o nich pisać źle – Sosnowski od dłuższego czasu wymieniany jest jako jeden z trzech poetów, którzy nadają ton najnowszej polskiej poezji, obok Marcina Świetlickiego i Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. W pojawiających się co pewien czas podsumowaniach i rankingach poetyckich Sosnowski niezmiennie zaliczany jest do luminarzy poezji awangardowej, de- i rekonstruującej język poetycki. Wracam do Sosnowskiego, ale raczej do wczesnych tomów – jego nowe wiersze wzbudzają we mnie lęk i niezrozumienie.

 

poems jest tomem, który co chwilę odwołuje się do otaczającej nas rzeczywistości; otwiera go fragment tekstu piosenki Tricky’ego: „you promised me poems” , kończą linki do klipów na youtube. Wnętrze poems to plątanina głosów, w której co chwila potykam się o cytaty i aluzje; gęstwina z której wychodzi się confused, z garścią wersów, które zapadły w pamięć: „wymawiam głoski jak obrzękłe nuty / wyciągam wiersze jak żelazne druty”; „biegnę do ciebie i tak błogo się rozpadam / mój profil ładnie świeci i miota się w sieci”. Całość pozostaje jednak tajemnicą, wyjęte z kontekstu wersy znaczą jeszcze mniej niż w chwili, gdy były w nim zatopione. Czytam te wiersze i nie rozumiem, gubię się, nie nadążam za następującymi po sobie piętrowo skojarzeniami; wreszcie, zmęczony, odkładam książkę. Jeśli poems jest realizacją jakiegoś ekstremalnego projektu poetyckiego, to najwidoczniej nie ekstremów w poezji szukam, dziękuję, postoję.

Reklamy