Nie mogę napisać, że wiadomość o przeprowadzce Edwarda Pasewicza z Poznania do Krakowa szczególnie mnie dotknęła, ale zawsze stanowi jakiś pretekst, by wrócić do debiutanckiej książki poety – Dolnej Wildy wydanej w 2002 roku.

 

Pasewicz był dla Poznania tym, kim jest – toutes proportions gardées – Świetlicki dla Krakowa: poetą nierozłącznie związanym z miastem, stanowiącym swego rodzaju symbol i skupiającym wokół siebie pewien wycinek jego światka literackiego. Tytuł debiutanckiego tomu Pasewicza – jedna z głównych ulic niesławnej dzielnicy Poznania – podkreśla ten związek (choć zgłoszony do konkursu im. Bierezina plik wierszy nosił jeszcze roboczy tytuł Mat o brzasku).

 

Dolna Wilda jest tomem bardzo zróżnicowanym. Można go czytać jako odważny, nowatorski projekt podejmujący próbę otwartego (w pewnym stopniu) mówienia/pisania o homoseksualizmie (jednoznaczna dedykacja – „dla Marka”, „Wiersz osobisty”, „Kriegsmarine”). Próby te nabierają rumieńców, gdy pamięta się, że literackie kamienie milowe ruchu LGBT, takie jak np. Lubiewo Witkowskiego czy Trzej panowie w łóżku Żurawieckiego wydano dopiero kilka lat po debiucie Pasewicza.

 

Wiersze tu pomieszczone są także swego rodzaju „kroniką miejską” – odwołują się do charakterystycznych dla Poznania miejsc, ulic i klubów, referują mało istotne, jak by się mogło wydawać, wydarzenia. Bohaterem wierszy jest uważny obserwator, szlifibruk, który czasem skraca sobie drogę rozklekotanym autobusem, zagląda na brudne podwórka i kataloguje niepotrzebne rupiecie.

 

Piotr Śliwiński pisał kiedyś, że Pasewicz ma szanse na zdobycie tytułu MTS – Młodego Talentu Sezonu. Jak się okazało, poeta pozostał w grze o wiele dłużej.

 

Alfabet prywatny

 
W powietrzu na Mogileńskiej
nie ma żadnego żywiołu, snuje się
i popycha balon, który pozostał tutaj
po niedawnym sylwestrze.
Ciągnie za sobą także
książeczkę świadków Jehowy,
która otwarta, grzbietem do góry
karmi się śniegiem z pobocza.
Jest jak w kasynie – do końca nie wiadomo
która litera puści farbę.
Tuż za nią torba fistaszków
szamocze się w krzaku, ekscentryczna
jak kanarek, z otwartej paszczy
wysypuje łupiny i to jest rodzaj
śpiewu, chrzęst i chrobot ledwie
wyczuwalny w melodyjnych poświstach.
Nic mnie nie łączy z cyrkiem chwastów
do połowy przysypanych śniegiem,
poruszam się w drugą stronę i mijam
ich bezruch. W taką pogodę trzeba
krążyć i własne ślady opatrywać
milczeniem. Miła jest ta logika kroku,
te repetycje dodające otuchy,
chrzęst i znak na śniegu.

 

Senne saneczki

 
Czy mnie potępisz, śpiący między szynami
liściu łopianu,
kiedy się głucho odbijają od ciebie
pomruki pierwszych przechodniów?

Gdybyś się nagle uniósł, mógłbyś całkiem
zakryć tę wiatę na Kórnickiej,
gdzie czekam na szóstkę i wymyślam, co
powiem szefowi, gdy zapyta dlaczego
tak późno przychodzę.

Mógłbyś mnie otulić i zwinąć się jak cygaro,
tak, żebym mógł przeczekać atak mgły
i ten chłód, który się wzmaga i rodzi
podejrzenie, że nie zatrzyma się wcale.

Mógłbyś też (wcale nie żartuję) stać
się tym tajemnym zielem, które daje
przez chwile wrażenie, że jest się bez ciała.
Ale ty jesteś postrzępiony i żółkniesz
w kilku miejscach naraz.

Jeszcze kilka
dni i nie zobaczę cię tu wcale; senne saneczki
będą ześlizgiwać się z pagórka,
dzieci ugniotą śnieg wdrapując się pod górę,
będę wsiadał na innym przystanku.

Advertisements