Ulisses – nuda albo spazm rozkoszy, książka mityczna, która jednych skutecznie odstrasza grubością, konstrukcją i językiem, drugich wciąga od pierwszej strony, gdy stateczny, pulchny Buck Mulligan zaczyna golić swe wydatne policzki. Powieść Joyce’a jest jedną z moich ulubionych książek, a na pewno ulubioną z czasów, kiedy fascynowałem się modernizmem (rozumianym po europejsku). Czasy były to piękne, bo miałem wtedy możliwość i ochotę przebijać się przez te wszystkie książki, do których teraz nie mam już cierpliwości – Musila, Prousta, Kafkę, Manna, Woolf, Gide’a, Rilkego i masę innych.

 

Pierwszy raz czytałem Ulissesa na początku studiów. Zdobyłem pierwsze polskie wydanie z 1969 roku, które ponoć rozeszło się błyskawicznie, mimo 10 tys. nakładu. Zacząłem czytać popołudniu i czytałem całą noc, rano zaparzyłem kawę i poszedłem nieprzytomny na zajęcia z łaciny. Powieść mnie zmiażdżyła, nigdy wcześniej nie czytałem czegoś tak przemyślanego, dopracowanego, a przy tym tryskającego sarkastycznym humorem; czegoś równie zagadkowego, co wzbudza apetyt na kolejną lekturę, czytanie bez końca.

 

Potem nastały czasy close reading – czytałem Ulissesa równolegle z listami Joyce’a i jego biografią pióra Ellmanna; tropiłem aluzje, przedzierałem się przez oryginał i klasyczne opracowania w języku angielskim. W międzyczasie przeczytałem pozostałe książki Irlandczyka, które też w Ulissesie się przeglądają; w Irlandii kupiłem wreszcie Finnegans wake, którego nie znam do dzisiaj. Gdy tylko miałem możliwość, pisałem prace zaliczeniowe z Joyce’a i ratowałem nim niejeden egzamin; katowałem nim znajomych, którzy za diabła nie chcieli mieć z tą książką nic do czynienia. Pod tym względem akurat niewiele się zmieniło – im bardziej ktoś się opiera, tym usilniej mu tę książkę wpycham. Wam też polecam – nie ma to jak poczytać Ulissesa na wyrywki.

Advertisements