Coś mi się ostatnio nie wiedzie w literackich odkryciach – najpierw casus Małgorzaty Rejmer, teraz nagrodzonego nagrodą Silesiusa tomu poezji Jakobe Mansztajna. Wiedeński high life jest książką prawie nie do zdobycia: nie ma jej w księgarniach i antykwariatach, na ulicznych stoiskach z używanymi książkami ani na allegro, nie ma jej też nikt z moich znajomych. Im dłużej jej szukałem, tym większą ciekawość we mnie wzbudzała – cudem znaleziony egzemplarz zaniosłem do pracy i tam ukradkiem przeczytałem.

 

Z pewnością jest to debiut bardzo równy i dopracowany, o przemyślanej konstrukcji. Część pierwsza, zatytułowana Koledzy z podwórka nieśmiertelność zawiera wiersze-wspomnienia z dzieciństwa/młodości, które wypełnia łażenie po drzewach, oranżada w proszku, gra w kapsle, smak pierwszego papierosa etc. Powoli w bohaterach rodzi się jednak niepewność i poczucie przemijania: „wiatr owiewa nasze twarze / jakby całował na do widzenia. do widzenia / i dobranoc”. Wiersze te są, moim zdaniem, najmocniejszą stroną tomu.

 

Kolejna partia tekstów, Clue tego zdania to trup, zaczyna już sprawiać problemy. Pojawia się Marcin, bohater wierszy, w którym wielu krytyków doszukuje się aluzji do (poezji) Świetlickiego (Mansztajn zaprzecza). Bohater ten w większości wierszy umiera bądź jest grzebany. Clue tej części high life’u jest prosty: mało są te wiersze przekonujące. Jest aluzja do Rilkego/Tkaczyszyna-Dyckiego („jesień już Panie a ja nie mam domu”), ale w ustach Mansztajna brzmi jakoś sztucznie; jest śmierć, ale trochę jasełkowa. Ostatnia część, Różowy króliczek Duracell, rządzi się nieznanymi mi prawami.

 

Tak czy owak, coś w Wiedeńskim high life musi być, skoro obsypano go tyloma nagrodami; za chwilę dowiemy się, czy obok Silesiusa Mansztajn postawi kostkę z Gdyni. Ja tych wierszy nie poczułem, mam podobne wrażenie jak po lekturze debiutu Jacka Dehnela: ładnie i zgrabnie pisze, ale jeszcze nie wie, o czym właściwie. Czekam na kolejny tom i coś więcej.

 

Tyber

 

sobie, tobie i komu tam

 
proponują porządek: pozbierać latawce,
postery dawnych bohaterów zwinąć w rolkę.
do piwnicy znieść: rowerek, apteczkę z lego,
kolorowe puszki z biblijnego rfn wyrzucić.
cały drobny majdan, co zagraca przejście,
przesunąć pod ścianę. z piwnicy przynieść:
kilka słoików na zimę, polowe łóżko, koc.
systematycznie wchodzić w przyszłość.
opowiedzieć się wreszcie za szczęściem,
jakie jest, a nie jakiego się szuka. między
piwnicą a schodami przeżyć tragedię.
jedną z tych niewielkich, choć doszczętną

 

Czterdziesty dziewiąty
 
w czterdziestym dziewiątym wierszu o umieraniu
poczłapiemy w głąb pokoju, w głąb marcina,
który jest miejscem zaludnionym słabo i nic w marcinie
ogólnego, same szczegóły głupie: bileciki, książki,

jedno podkreślone zdanie: ty śmierć masz tam,
gdzie ona ma ciebie, na przysłowiowym końcu języka,
i na tym końcu, pomimo bólu, zaciśniesz zęby
i rozłożysz kocyk – ze śmierci uczynisz pożytek

Reklamy