Podczas lektury Walców wolnych, walców szybkich Adama Poprawy (nominowanych do tegorocznej nagrody Nike) nie opuszczało mnie wrażenie, że gdzieś już to czytałem. Po kilku stronach się przypomniało – książka skonstruowana jest podobnie jak Szumy, zlepy, ciągi Białoszewskiego, tyle że napisana kilkadziesiąt lat później. Białoszewski zresztą pojawia się w tych urywkach bardzo często, podobnie jak Joyce, którego epifanie wyraźnie inspirują Poprawę (tłumaczył je dla „Literatury na Świecie”, nr 11-12/2007). Jest fragmentaryczność Białoszewskiego i epifanijność Joyce’a, nie może zatem zabraknąć i języka, składnika kluczowego.

 

Poprawa skupia się na wychwytywaniu językowych absurdów i niezawinionych objawień – łowi je na korytarzach wrocławskiej polonistyki, w kolejce pod kioskiem, na konferencjach, w autobusach itp., pokazuje zasłyszaną słowotwórczą inwencję bądź indolencję w postaci krótkich, szybkich walców:

 

Dość pewnie

– i wiesz, zaferomoniła mnie.

– To co innego, jak tak.

Obaj tak gdzieś początek dawnego ogólniaka, bo raczej nie mniej, gdy wysiadałem ze 144”.

 

Wyłania się z tych zapisków również codzienność człowieka książkowego, pełna prozaicznych czynności – zakupów, sprzątania, wyszukiwania książek na Allegro, myszkowania po antykwariatach itd., zaś sam Poprawa ujmuje muzyczną erudycją (Bach – Davis – The Beatles – Kury) i cierpliwością tłumacza (znajduje m.in. niedopatrzenia w tekstach Joyce’a i o Joysie – nie lada gratka dla namiętnych czytaczy Finnegan’s Wake i pozostałych książek Irlandczyka). Całość (jeśli można tu mówić o jakiejkolwiek całości) czyta się dobrze, lekko; mam jednak wątpliwość, czy aby na pewno powinna była znaleźć się wśród nominowanych do Nike, bo w ostatecznym rozrachunku nie wnosi chyba do polskiej prozy aż tak wiele. Na koniec jeden z walców wolnych:

 

Bardziej to drugie

 

W czwartym rozdziale Portretu artysty Stefan wraca do domu, gdzie rodzeństwo dopija powtórnie zaparzaną herbatę. Wydawcy angielscy wyjaśniają w przypisach, na czym to polegało. Penguin dodaje, że zalewanie drugi raz herbacianych liści jest znakiem biedy. A edytorka oxfordzka tłumaczy, że chodziło o oszczędzanie czy, tak bardziej mi pasuje, zachowanie  herbaty.
Na później.
W latach osiemdziesiątych brakowało kawy, więc fusy z wypitej szklanki zalewało się jeszcze raz. Tę drugą porcję mama nazwała cugiską, od zugiessen, dolać. Kiedy wychodziłem do biblioteki na po południu, powtórka oddalała się na kilka godzin.
– Będziesz pił potem cugiskę?
– Tak, tak.
Żeby całkiem nie zwietrzało, mama przykrywała szklankę odwróconym spodkiem.
Joyce też jest w tym kawałku rozdziału trochę sentymentalny”.

Reklamy