O niektórych pisarzach mówi się, że wciąż piszą to samo – powtarza się temat, język, sposób prowadzenia narracji, humor itp. Do tej pory z kategorią „takosamości” wiązałem głównie Jerzego Pilcha (którego bardzo lubię czytać, ale w znacznych odstępach czasowych; czytanie kilku jego powieści pod rząd to nieustanne déjà vu), teraz dołączam (trochę późno) Janusza Rudnickiego – cytatem z jego najnowszej książki podzieliłem się w poprzedniej notce, a na potrzeby niniejszej przypomniałem sobie również wydany w 2004 roku Mój Wehrmacht.

 

Jerzy Jarzębski zwięźle nakreślił portret Rudnickiego w Apetycie na Przemianę: „język niewyparzony i myśli też nie całkiem; jest z takich, w których obecności panie wciąż się czerwienią, choć też chichoczą – bo obscena jego na wariackich papierach, więc nie da się ich brać poważnie”. No i rzeczywiście, dawno nie czytałem książki, w której tak gęsto padają kurwy, chuje i inne skarby naszego języka (których ponoć zazdroszczą nam Czesi); przyprawy są więc mocne, ale całość dobrze wyważona, dość lekka, napisana dowcipnie, a obscena da się w końcu przełknąć.

 
Śmierć czeskiego psa, najnowszy zbiór opowiadań, podzielony jest na dwie części – na pierwszą składają się scenki z życia emigranta (Rudnicki w 1982 wyjechał do Niemiec), na drugą głównie portrety znanych postaci – pisarzy, ich żon, polityków itp. (Andersen, Joyce, Alma Mahler-Werfel) – napisane w oparciu o inne książki („robię coś w rodzaju streszczenia, bez względu na to, jak specyficzne by ono było. Chociaż… No co, jeśli opowiada się filmy, to dlaczego nie książki?” – bronił się Rudnicki w Moim Wehrmachcie, gdzie opisał m.in. kobiety Hitlera i życie seksualne Bertolda Brechta). Ta druga część książki, referująca inne, jest problematyczna – jednym takie przepisywanie biografii się podoba i biorą je za dobrą monetę, drugim (np. mnie) wydaje się wtórna i burzy kompozycję książki (Mój Wehrmacht ma 163 strony, z czego wspomniane teksty o Brechcie i Hitlerze zajmują ich przeszło 90).

 

Najbardziej wartościowe wydają mi się zatem krótkie opowiadania, w których Rudnicki (w wywiadach często podkreśla, że bohaterem jego opowiadań jest on sam) z werwą przybliża szczegóły życia na obczyźnie. Przede wszystkim – samotność i nuda:

Wprowadziłem się, dopiero co. W kartonie trochę bielizny, przybory toaletowe, parę numerków z urzędu, które pobrałem tylko tak, na dowód, że jestem, i dwa rekwizyty, peruka i ciemne okulary. Trochę się ruszam, jedną ręką, drugą, nogą, głową, mogę się gdzieś podrapać, coś nawet zanucić, mogę rozwiązać sobie sznurówkę, a potem zawiązać, ale poza tym nic. Samotność to obecność ciała w (danym) pomieszczeniu, przeczytałem gdzieś.

Żeby zabić czas, podejmuje się różnych dorywczych prac (np. wyprowadza za pieniądze psa, który niefortunnie zdycha w trakcie spaceru) albo kupuje mikroskop. Bohater Rudnickiego ma też bardzo stereotypowy ogląd świata (Polak jest nierobem i złodziejem, do przesady religijnym, Niemiec – pedantem, który zajmuje się liczeniem kolejnych zarobionych euro) i niewyparzoną gębę – gdy konduktor przyłapuje bohatera na paleniu papierosów w pociągu, ten bez żenady obwieszcza: „lepiej palić papierosy niż Żydów!”. W swojej bezkompromisowości często dokłada Polakom, wyśmiewa się z naszych narodowych świętości, przez co zaliczany jest także (jak np. Gombrowicz czy Miłosz) do pisarzy antypolskich. Tak już mam, że gdy pojawia się któraś z tych etykiet – antypolskość, niepatriotyczność – zapala mi się lampka z napisem must read.

Advertisements