Na odtrutkę po Franczaku wybrałem opowiadania Mariusza Grzebalskiego. Człowiek, który biegnie przez las to książka dość stara, wydana w 2006 roku; kupiłem ją niedawno w taniej książce za kwotę na tyle wstydliwą, że nie będę o niej wspominał. Pomieszczone w zbiorze opowiadania zaskakują swoją zwykłością i równym, przeciętnym poziomem. Właśnie tego było mi trzeba.

 

Grzebalski-prozaik przypomina mi Wiedemanna-prozaika, a o tym drugim pisano, że fragmenty jego prozy trącą banalizmem. Znajdziemy ten termin w Parnasie bis, tam zaś fragmenty tekstu Jarosława Klejnockiego, który najbardziej zaawansowaną wersję banalizmu opisywał następująco: „[pisarze] wychwytują proste momenty bytowania, szczegółu egzystencjalnego. (…) [jest to twórczość] poważna, nie igrająca ze smakiem czytelnika, próbująca na nowo odbudować wiarygodność literatury przez rozpoczynanie od opisów najprostszych życiowych i duchowych sytuacji”. Gdy pisałem wyżej o „normalności” i „przeciętności” opowiadań Grzebalskiego, właśnie to miałem na myśli – brak językowych fajerwerków (właściwie to nawet brak indywidualnego stylu, wręcz neutralny zapis) i opisywanie szarej, dobrze znanej codzienności.

 

Bohaterowie opowiadań zbierają grzyby i martwią się, że przełożony wezwie ich wcześniej z urlopu; rozpadają się ich związki, mężczyźni zdradzają kobiety i na odwrót, piją alkohol, palą papierosy etc. Każdego z nich dopada też znużenie dorosłością, czyli kryzys wieku 30+, czego skutkiem jest z jednej strony depresyjne nastawienie postaci do otaczającego ich świata (rodziny, pracy itp.), z drugiej zaś wyraźnie wyartykułowana tęsknota za młodością, niedojrzałością, brakiem odpowiedzialności (w opowiadaniach „Dni” czy „Zdjęcia” dominuje nostalgia, „Wuj Mateusz” jest opisem przegranej marzeń z rzeczywistością). Całość, jak pisałem, robi przeciętne wrażenie: debiut prozatorski zaliczony na tróję z plusem.

Reklamy