Najnowszy „Magazyn literacki” – dodatek „Tygodnika Powszechnego” – poświęcony jest podróżom i ich literackim odbiciom; znaleźć tu można m.in. szkic Grzegorza Jankowicza o imaginacyjnej wyprawie Kafki do Ameryki, przypisy Umberto Eco do zapisków Marco Polo, Jana Gondowicza opis wędrówki Witkacego po Cejlonie oraz – last but not least – fragment najnowszej książki Andrzeja Stasiuka, który przeklejam pod koniec tej notki. Roboczy tytuł brzmiał Niespodziewany awans Mendla Broda, ostateczny ma brzmieć Dziennik pisany później (teraz sonda: który tytuł lepszy?).

 

Literacka jesień zapowiada się bardzo ciekawie – tom opowiadań Obsoletki Justyny Bargielskiej (notkę z jej Dwóch fiatów obiecałem już jakiś czas temu, nie mogę się zebrać), nowe powieści przygotowują Zbigniew Mentzel (Fontanna rzek), Wojciech Kuczok (Spiski. Przygody tatrzańskie), Jarosław Maślanek (Apokalypsis ’89), Tomasz Piątek (Wąż w kaplicy), Radosław Kobierski (Ziemia Nod), krytykowany przeze mnie niedawno Jerzy Franczak (Da capo) i chwalony Ignacy Karpowicz (Balladyny i romanse). Jeśli dodać do tego tom wierszy Tomasza Różyckiego Księga obrotów i eseje Michała P. Markowskiego Słońce, możliwość, radość to mamy niezłą ucztę. Trzeba zacząć odkładać.

Bardziej przenikliwi z was domyślają się, że ten wpis, rozpoczynający się podróżą, wzmiankujący i przywołujący fragmenty Stasiuka, musi podróż zwiastować, i tak jest w rzeczy samej – wyruszam, na horyzoncie Taksim, obym nie skończył jak Krystian Apostata z powieści Vargi.

 

A. Stasiuk, Pieśń drogi

 

„Albo któregoś lata w Zgorzelcu. Wstałem rano i poszedłem w stronę mostu. Miasto łagodnie opadało do rzeki. Wszędzie były kantory i szyldy, że tanie papierosy. Faceci już stali po dwóch, po trzech. Dzielnica miała zapach starego tynku i butwiejących drewnianych schodów. Jak stara Ząbkowska i Brzeska. Stali, palili i patrzyli, jak zaczyna się dzień. Zmęczeni odwiecznym wyczekiwaniem. Dalej zaczynał się most. Nie wiedzieć czemu nazwali go „Jana Pawła”. Może żeby zaimponować Niemcom, że nie tylko te tanie papierosy? Przeszedłem do Görlitz. Tam był park, poranny chłód, jakieś rezydencje, potem rynek, wszystko zaraz po remoncie, jakby mało używane, z niewielką naleciałością życia i jakieś takie puste. Może nie wstawali tak wcześnie jak ci nasi palący.

 

Pokręciłem się trochę i znalazłem kawał martwej fabrycznej zabudowy nad rzeką. Trochę czerwonej cegły i zardzewiałej blachy, ale było jasne, że to tylko kwestia czasu i zaraz coś z tym zrobią. Wróciłem do ojczyzny. Tutaj też wszystko powoli stawało się kwestią czasu. Patrzyłem na tych po dwóch, po trzech. Mieli wymrzeć jak skazany na zagładę gatunek. Ich wyzywająca obecność, ich kontemplacyjny styl życia, ich upodobanie do obserwowania, jak świat się pogrąża, zapada nieustannie w nieistnienie, to był cierń w oku przyszłości, która nadciągała i miała wypalić do żywego i przeszłość, i teraźniejszość. Świat miał być obietnicą. Która zresztą nigdy się nie spełni.

 
***

Którejś zimy stanąłem na noc w Zamościu. Był mróz. Na rynku mieli ślizgawkę i grała muzyka. Ale wszędzie panował półmrok. W knajpach, w sklepach, na ulicach. Światła paliły się żółtawo i szaro. Wchodziłem to tu, to tam, do tych wszystkich starych wnętrz, i właściwie były trochę jak kiedyś, jak przed elektrycznością. Albo jak w biało-czarnym śnie. To by się zgadzało, bo całe miasto przypominało przywidzenie. Zamojskiemu przyśnił się renesansowy sen, włoska fatamorgana. Stało to teraz gotowe, pozbawione kontekstu i piękne jak lekka paranoja. Miasto idealne na skraju buraczanych pól ciągnących się po Hrubieszów i po horyzont. Perła odrodzenia wśród zmarzniętych ściernisk. Śródziemnomorski okruch na skraju stepów. Mój kraj.

 

Było z minus dwadzieścia. Odjeżdżałem o świcie. Od Ukrainy wstawał złoty brzask. Siedemdziesiątką czwórką jechałem prosto na wschód, żeby w Zosinie trafić na osiemset szesnastkę, która biegnie na północ wzdłuż Bugu i granicy aż pod Siemiatycze, gdzie rzeka skręca na zachód, a droga zmienia oznaczenie. Tak. Wschód. Przylepiłem aparat na gumę do żucia i robiłem zdjęcia przez szybę. Co kilka minut naciskałem migawkę, żeby przyszpilić ducha tej przestrzeni, która miała się tutaj zaczynać i zawijając wokół globu, ciągnąć aż po Pacyfik. Najnowsza technologia w służbie najstarszej naiwności. Na fotografiach nie ma prawie nic. Asfalt prowadzi prosto, jak strzelił. Widać zmrożone, ale bezśnieżne pola. Na drzewach resztki rudych liści. Czasami zjawiają się zabudowania niemal całkowicie pozbawione formy. Ograniczone do najprostszych kształtów. Ściany, dwuspadowy dach, okna. Niektóre mają dachy jednopłaszczyznowe i ledwo pochyłe. To zabytki postkomunizmu. Magazyny, pegeery, składy, w których teraz jest tylko pustka i pleśń. Potem znowu droga, drzewa i jemioła wśród gałęzi. Czasami na asfalcie pojawia się środkowa przerywana linia, a czasami znika. Drewno domów jest naturalnie ściemniałe od słońca i deszczów. Od czasu do czasu pomalowane olejną farbą, też brązową, jednak o parę tonów jaśniejszą. Pamiętam, że przez dziesiątki kilometrów, przez kwadranse nie spotykałem innych aut. Błękitna cerkiew z zielonym dachem i kopułą po prawej stronie szosy”.

Advertisements