(…) w kostiumach kąpielowych, jeden Roth dokładnie za drugim, na podwórku przy Beach Hotel, gdzie nasza rodzina wynajmowała pokój sypialny (…) Jest sierpień 1937. Mamy cztery, dziewięć i trzydzieści sześć lat. Nasza trójka tworzy na zdjęciu rosnącą ku górze literę V, której szpicem są moje dwa sandałki, a szerokość barczystych ramion mojego ojca – między którymi znalazła się w samym środku figlarna, roześmiana twarz Sandy’ego – stanowiła majestatyczne zwieńczenie litery.

Gdy Philip Roth pisze powyższe słowa, jego ojciec nie jest już tym młodym, barczystym mężczyzną, ale zniedołężniałym starcem, który ma problemy z mówieniem, przełykaniem, poruszaniem się; w jego mózgu rozwija się nowotwór, którego nie da się zatrzymać. Dziedzictwo jest książką bardzo osobistą, autor nie zakłada tu ironicznych masek, nie sięga po wzniosłe metafory. Z uwagą śledzi postępującą chorobę ojca i opisuje jego powolne umieranie.

Jedną z kluczowych scen powieści jest moment, kiedy Herm, po kilkudniowym zatwardzeniu spowodowanym środkami przeciwbólowymi, wreszcie się wypróżnia:

– Obsrałem się – powiedział. Wszystko było w gównie, zapaćkana była nim mata w łazience, wylewało się przez krawędź umywalki, piętrzyło się u jej podstawy na podłodze. Obryzgane nim były szyby kabiny z prysznicem, z której właśnie ojciec wyszedł, a ubrania porzucone w nieładzie na korytarzu lepiły się od niego. Było na ręczniku, którym zaczął się wycierać. (…) Nie martw się – powiedziałem. – Nie martw się, wszystko będzie dobrze.

Bohater uprząta łazienkę, po czym dochodzi do wniosku, że tak właśnie powinno być, „to było ojcowskie dziedzictwo” i „rzeczywistość życia”: „Oto moje dziedzictwo: nie pieniądze, nie tefilin, nie kubek do golenia, ale to gówno”.

 

Ta scena przypomniała mi podobną, którą znaleźć można w powieści Lala Jacka Dehnela. Gruba książka, która wydaje się zupełnie pozbawiona życia, zimna i śliska, nabiera ciepła dopiero pod koniec, gdy narrator opisuje umierającą babkę, która przestaje kontrolować swoje ciało; fizjologia bierze górę nad okrągłymi frazami, śmierć rozdziera arystokratyczne koronki.

 

Jeszcze jeden obraz „brudnego” umierania (a chronologicznie rzecz biorąc pierwszy) to projekt Zbigniewa Libery „Obrzędy intymne” z 1984 roku. Artysta opiekuje się swoją babcią, Reginą, przewija jej pieluchy, karmi, dogląda, i wszystko to filmuje amatorską kamerą wideo. Przykłady można mnożyć.

Advertisements