Lizbona ma Pessoę, Dublin – Joyce’a, Wenecja ma Josifa Brodskiego; można wymieniać kolejne miasta i wyliczać pisarzy, którzy o nich pisali, żaden z nich nie pisał jednak takich esejów jak Josif Brodski. Wydawnictwo Znak wznowiło po siedemnastu latach (za chwilę ta liczba powróci) wydanie Znaku wodnego, eseju o Wenecji; ja mam pierwsze wydanie książki, z 1993 roku, ze sztychami Brustoloniego (duma mnie rozpiera).

 

Brodski odwiedzał Wenecję zawsze zimą, skąpaną w chłodnym, bladym świetle gasnącego słońca; gdy pisał esej, miał już za sobą siedemnaście zim spędzonych w tym mieście. Co go tam ciągnęło? „Dla mnie Raj to zjawisko czysto wizualne”, wyznaje poeta, i jeszcze: „piękno jest zawsze na zewnątrz”. Wenecja przyciągała go swym magnetycznym pięknem, statusem współczesnej Atlantydy, ale wzbudzała też lęk – to miasto-labirynt, w którym wciąż był obcy, mylił uliczki i niezliczone campo; w którym czuł się samotny, choć spotykał przyjaciół (np. Susan Sontag), w którym nie mógł z nikim w pełni się porozumieć, bo nie znał języka: „wskaźnik mojej znajomości włoskiego miota się dziko w pobliżu zera absolutnego”. Wenecja ma zatem nie tylko rajskie oblicze – po trosze jest swoistym bestiarium, labiryntem Minotaura, w którym każdy potwór mnoży się w nieskończoność w tafli wody, a co drugi budynek przyozdobiony jest posągiem ryczącego lwa bądź smoka.

 

Brodski nie pisze tylko o Wenecji, jest na to zbyt rozgadany (albo wiedział, że może w ten sposób zmęczyć czytelnika): opowiada zabawne anegdoty (np. o spotkaniu z żoną Ezry Pounda), sztubacko sugeruje, co może zrobić włoski rząd, by Wenecja nie zatonęła, szkicuje historię miłosną z piękną Włoszką w roli głównej, etc. Znak wodny to – podobnie jak inne eseje Brodskiego – czysta przyjemność czytania; jako teaser cytuję fragment pierwszej strony:

Wiele księżyców temu dolar był wart 870 lirów, a ja miałem trzydzieści dwa lata. Kula ziemska była również lżejsza o dwa miliardy dusz, a bar przy stazione, na której wysiadłem w ową zimną grudniową noc, był pusty. Stałem w nim, czekając na jedyną osobę, którą znałem w tym mieście i która miała mi wyjść na spotkanie. Osoba, płci żeńskiej, była już solidnie spóźniona.

Każdy podróżny zna ten stan: mieszankę znużenia i niespokojnego oczekiwania. Jest to czas wbijania oczu w cyferblaty i rozkłady jazdy, wpatrywanie się w żylakowate marmury pod stopami, wdychania amoniaku i tej tępej woni, jaką w mroźne zimowe noce wydziela lane żelazo lokomotyw.

Reklamy