W cytowanym tu niedawno wierszu Dariusza Suski pada stwierdzenie: „wszystkie wiersze o śmierci. / Nie powinniśmy ich pisać. Nie znaczą nic, nie znaczą”; fraza, którą poeta strzela sobie (i innym) w stopę, bo nie trzeba specjalnie skomplikowanych wyliczeń, by wiedzieć, że większość (dobrych) wierszy jest o śmierci właśnie.

 

Nie inaczej ma się sprawa z nagrodzonym kostką NLG tomikiem Justyny Bargielskiej Dwa fiaty. Prawie każdy wiersz albo opowiada o śmierci, albo przywołuje jakieś związane z nim miejsce, czynność bądź przedmiot. Gdzieś w sieci znalazłem informację, że Bargielska traktowała pracę nad tymi wierszami jako terapię po straconej ciąży („jednej kobiecie / wszystko się poskładało jak domek z kart”); ten dodatkowy kontekst pomaga rozszyfrować wiele niedopowiedzeń, których w Dwóch fiatach jest mnóstwo – tak jakby poetka co chwilę zawieszała głos, nie mogąc wykrztusić z siebie słów, albo celowo zamazywała sensy, by uniknąć jednoznaczności.

 

„Zrobiłam miejsce na śmierć w swoim życiu, / odchyliłam kołdrę, koszulę, odemknęłam klatkę żeber” – śmierć zaś skwapliwie to miejsce zajęła, by od teraz regularnie o sobie przypominać. Karawan pogrzebowy nieopodal domu („pod blok podjeżdża furgonetka / i nawet kreska na futrynie po nas nie zostaje”), wizyta na cmentarzu („wstałam rano, kupiłam napoje i ciasteczka / ale zamiast do ludzi, pojechałam na cmentarz”), samobójcy; jej wszechobecność sprawia, że nawet „znienacka  pojawiające się motyle lub tęcze / bierzesz za to, czym naprawdę są – zapowiedź nagłej śmierci”.

 

A Dariusz Suska zamyka i otwiera tę notkę nieprzypadkowo – wystarczy przypomnieć sobie klimat jego tomików (np. Całej w piachu), dziecięce postrzeganie świata i śmierci, próby zrozumienia tego, co niezrozumiałe, swoistą baśniowość – by zauważyć, że w podobny sposób można mówić o wierszach Justyny Bargielskiej (choć są zupełnie inne).

 

Kukanie

 
W pewnym sensie znałam tę panią,
co umarła: w te najgorsze upały
mieli zawsze otwarte drzwi a lustro w przedpokoju
odbijało jej nigdy nie zasłane łóżko.
Wysoko tu, ale rzeka gdy chce, to dosięga
i nanosi martwe ptaki. Wierszu, powiedz coś,
powiedz ile mam dzieci, które rzuca
głębszy cień i jak długo będę z tym żyła.
 
Dwa fiaty
 
Pogłaśniam, żeby Pan Bóg zabrał mnie do siebie.
Mężczyzna, właściwie chłopiec z białą wanienką pod pachą
i światła małego samolotu daleko na pasie lotniska
zwiastują tak samo. Czarny tiulowy kwiatek na gorsie ajentki,
liść, który odwrócił się do mnie srebrnym spodem
zwiastują śmierć zwiastowanego bez względu na to,
czy je owinę bawełną, czy folią.
Mieliśmy dzieci, ale to nie były dzieci, to były buty na dzień.
Nie zostawiam was, buty, tylko idę przodem.

Reklamy