Sporo napisano po 1989 roku książek, które zalicza się dzisiaj do nurtu pisarstwa feministycznego, od przecierającej szlak Manueli Gretkowskiej, po debiutującą niedawno Sylwię Chutnik; żadnej z nich nie udało się jednak napisać powieści tak dobrej, wielobarwnej i dopracowanej w najmniejszym szczególe jak Piaskowa góra Joanny Bator. Książka ta odstrasza objętością (ponad 400 stron gęstej prozy), doborem postaci (prawie wyłącznie kobiety) i językiem, którego rytm i dowcip zaczyna sprawiać przyjemność dopiero po kilkudziesięciu stronach. Jak widać, odstrasza skutecznie, bo największą klęską (jeśli nie skandalem) Piaskowej góry jest wypadnięcie z finałowej siódemki nagrody Nike, a właśnie jej ta nagroda się należała.

 

Losy Jadzi Chmury (z domu Maślak), prostej kobiety ze wsi Zalesie, która wzięła za męża nadgórnika Stefana Chmurę i przeprowadziła się do Wałbrzycha uzupełnione są historiami pozostałych bohaterek. A właściwie nie tyle historiami, co her-storiami, bo mężczyzn w tej powieści jak na lekarstwo, jeśli już są, to jacyś niedorobieni, skażeni, rozmazani; pierwsze skrzypce gra wspomniana Jadzia na zmianę ze swoją matką Zofią i córką Dominiką. Akcja książki osadzona jest w głębokim PRL-u, w jednym z niezliczonych bloków z betonowej płyty. Pod sklepami ustawiają się kolejki, sukienki szyje się na własną rękę z bawełny na firany, podłogi czyści octem, a mięso je tylko w niedzielę. Chyba że jest się żoną górnika.

 

Trzy herstorie bardzo się między sobą różnią, przynależą do innych porządków. Zofia urodziła się i mieszkała całe życie na wsi; tam przetrwała wojnę, przy okazji ukrywając na strychu Ignacego Goldbauma, który uciekł z okupowanej Warszawy. Ich krótki, ale płomienny romans przerywa interwencja jednego z chłopów, który daje popis antysemityzmu, zaś w ramach wyrównania rachunków gwałci Zofię. Jadzia w małżeństwie ze Stefanem podtrzymuje kultywowany w PRL-u wzór rodziny patriarchalnej – mąż zarabia i przynosi pieniądze do domu, jej królestwem jest z kolei kuchnia, z której przepędza intruzów ścierką. Gdy Stefan zaczyna systematycznie i nieubłaganie pogrążać się w alkoholizmie, Jadzia powoli przejmuje ster rodziny. Dominika różni się od niej wszystkim – od wyglądu do poglądów. Jest niezwykle zdolna, zwłaszcza jeśli mowa o przedmiotach ścisłych („w głowie ma kalkulator”); od dzieciństwa ciągnie ją do „innych” – najpierw przyjaźni się z małym Dimitrim Angelopoulosem, pół-Grekiem, pół-Polakiem, jako nastolatka przeżywa burzliwy romans z księdzem. Bator wyraźnie sygnalizuje zmianę pokoleniową – najpierw migrację ze wsi do miasta (Jadzia), potem – z PRL-u do Europy Zachodniej (Dominika). Od wiejskiego modelu rodziny (Zofia), przez patriarchalno-robotniczy (Jadzia i Stefan), po wyzwolony i liberalny (Dominika i jej przyjaźń z koleżanką-lesbijką). Od multikulturowości przedwojennej Warszawy, przez zgrzebny i przaśny Wałbrzych po raj obiecany, czyli RFN.

 

Pisarka dokładnie odtwarza w Piaskowej górze realia życia różnych grup społecznych w Polsce Ludowej, wiernie oddaje nastroje, jakie towarzyszyły czekaniu na bon na telewizor czy małego fiata, zdziera maski homo- i ksenofobii, ukrytych za sąsiedzkim uśmiechem. Krótko mówiąc – w tej powieści nie ma nostalgii za PRL-em, jest bezkompromisowa i nieoszczędzająca nikogo demitologizacja. Głównym sprzymierzeńcem Bator jest jej język, pełen sarkazmu czy nawet szyderstwa, który podkreśla dystans narratora do opisywanego świata, uwypuklając jego szpetotę i bezsens; zdarzają się jednak momenty prawie magiczne, wtedy Piaskowa góra przypomina Sto lat samotności. Bardzo polecam, a sam zabieram się za lekturę kontynuacji Piaskowej góry Chmurdalii.

 

Advertisements