Nowy, podwójny, gruby numer Korespondencji z ojcem. W środku same ciekawe rzeczy – jest więcej felietonów (do zespołu dołączyła m. in. Małgorzata Rejmer i Daniel Odija), są wywiady z Odiją i Nataszą Goerke, są recenzje (z czego dwie popełnione przez niżej podpisanego, publikowane wcześniej na readeatslipie – z Toksymii oraz Pensjonatu), jest wreszcie obszerna biblioteczka prozy europejskiej. Literaturę bułgarską reprezentuje fragment znakomitej powieści Viktora Paskova, którą swego czasu – razem z przyjaciółką – przetłumaczyłem. Wciąż szukamy wydawcy, jakby co, wiecie gdzie mnie znaleźć.

Viktor Paskov, Niemcy (fragment)

Bad Schandau. Granica. Pół godziny stąd leży Drezno. Wchodzą strażnicy graniczni, mają na sobie te szare uniformy. Odpowiadam prawidłowo na wszystkie pytania: dokąd jadę, do kogo jadę, dlaczego jadę, jak długo zostanę w NRD, jakby w paszporcie nie było napisane, że wiza trwa tylko miesiąc. Mój ojciec i Heimann ją przedłużą, ale to moja sprawa. Niech grzebią! Niech szukają! Niech zadają swoje zajadłe pytania. Sprawia mi to przyjemność. Odpowiadam po niemiecku. Ćwiczę język. Ja wohl, danke schön, natürlich, nein, ich habe keine verbotene Literatur bei mir, auch kein Gold, keine Draggen. Willkommen in der Deutsche Demokratische Republik!

***

Pachniało dymem, moczem i kiszoną kapustą. Siedziałem na peronie na mojej walizce, wpatrzony w czarne, pokryte sadzą litery: DRESDEN – HAUPTBAHNHOF. Wysoko nad nimi pulsowały reklamy i świeciły zegary elektryczne. Kilku pijanych leżało w kałuży przed „Bahnhofsgaststätte”. Tłukli butelki po piwie i ryczeli na całe gardło smutną piosenkę. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Przechodnie przeskakiwali ich. Wózki elektryczne, obładowane walizami, zręcznie manewrowały wśród tłumu. Było to nie do opisania. Czułem się prowincjuszem. Chciałem wspiąć się na żelazną konstrukcję tego starego, europejskiego dworca – wysoko, ponad głowy wszystkich – i krzyknąć z góry: już jestem! Po czterdziestu ośmiu godzinach kołysania się przez wyszczerzone i najeżone państwa – wreszcie jestem! Tylko – gdzie jest mój ojciec, dlaczego mnie nie wita?

***

Siedziałem na łóżku. Nie miałem siły poruszyć ręką ani nogą. Po emalii pękniętego dzbana łzawiła woda. Odwinąłem brudny bandaż z palca. Ukazała się żółtawa gaza nasiąknięta czarnymi plamami skrzepłej krwi. Zacisnąłem zęby. Szarpnąłem. Oderwała się od rany. Rozcięcie wyglądało jak zmarszczony krocionóg. Nitki szwów sterczały. Spróbowałem rozruszać palec. Boże. Naprawdę chciałeś, żebym siedział na tym łóżku i patrzył przez to okno?

Wyjąłem portfel i zbadałem jego zawartość. Dwieście marek, wymienionych w Sofii, leżało w środku, zgięte na cztery. Bilet powrotny kosztował trzysta. Na zewnątrz wciąż padało. Zmokły mi skarpetki. Moje dziurawe buty chlupały. Po przesiadce w Dreźnie powinienem był powiedzieć ojcu, że mam dziurawe buty, ale z zachwytu zapomniałem. Oto ja – zły i mokry. W Europie. Ulica była ciemna. W GASTHAUSIE świeciły się dwa, trzy okna. Siedzieli w nich wirtuozi, przesiąknięci harmonią. Wzdłuż i wszerz nie było widać żywej duszy. Zatrzymałem się przed sklepem. Wystawa była jaskrawo oświetlona. W smukłych rzędach rumieniły się na niej kiełbasy. Piramidy kiełbas niczym choinki bożonarodzeniowe. Bockwurst, Mettwurst, Bierschinken, Kochschinken! – było pięknie. W mojej świadomości pojawił się i zniknął wers Rilkego – ten o fontannach. Rilke był martwy, bardziej martwy od tej mortadeli przede mną.

Człapiąc przez deszczowe kałuże, starałem się przewinąć film, zobaczyć obraz mojego ostatniego wieczoru w Sofii, przypomnieć sobie, czego dokładnie się spodziewałem i dlaczego. Ale ktoś sięgnął w obraz i wyjął mnie stamtąd; został tylko pejzaż z białą plamą. Moje słowa, piosenki, wiersze, miłości, nadzieje, beznadzieje – wszystko zostało usunięte za jednym zamachem. Wszystko należało już do śmierci. Obraz huczał pustką. Zostałem przerzucony do innego. Byłem wszą. Nadmiernie przestraszoną, żeby zrobić skok do tyłu bądź w jakąkolwiek inną stronę.

Reklamy