Jak na kontynuację przystało, Chmurdalia Joanny Bator zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy Piaskowa góra – obie części wałbrzyskiej sagi łączy wypadek, w wyniku którego Dominika zapada w śpiączkę, by obudzić się dopiero na pierwszych stronach Chmurdalii w klinice pod Monachium. Gdy rehabilitacja dobiega końca, Dominika podejmuje brzemienną w skutki decyzję: „nie wracam do Polski”. Ci, którzy czekali na kontynuację opowieści o przaśnym PRL-u bądź spodziewali się krytycznej analizy pączkującej w Polsce demokracji i kapitalizmu mogą być rozczarowani. Bator wysyła swoją bohaterkę w świat, i ta zmiana perspektywy – z lokalnej na globalną – jest bardzo widoczna. Pisarka snuje opowieść o wolności, pochwałę podróżowania i różnorodności, pochwałę płynnego życia, które toczy się z dala od Wałbrzycha – w Monachium, Londynie, Nowym Jorku.

 

Podczas swoich podróży Dominika poznaje ludzi, którzy podobnie jak ona nie potrafią lub nie chcą się zakorzenić, którzy z różnych powodów są nieakceptowani i odrzucani. Bator stworzyła w Chmurdalii całą galerię odmieńców: jest wśród nich Icek Kac, Żyd; Ivo Smith, gej-cukiernik; wraca na karty powieści Małgorzata Lipka, lesbijka; jest wreszcie przyjaciółka Dominiki, Sara –  chwaląca się rodowodem sięgającym Sary Baartman, „hotentockiej Wenus”. To z tej postaci można uczynić metaforę-klucz powieści; Baartman, przez feministki traktowana jako symbol kolonizacji oraz uprzedmiotowienia kobiety i jej ciała, w Chmurdalii jest mianownikiem, który łączy pojawiających się w powieści Innych. Żyd, gej, lesbijka wciąż traktowani są – tak jak dwieście lat wcześniej Hotentocka Wenus – jako „fiksum-dyrdum”, dziwadło do oglądania i wytykania palcami. Widmo Sary Baartman krąży po Europie – widmo nietolerancji i niezrozumienia. Zamykająca powieść scena, rozgrywająca się na jednej ze słonecznych greckich wysp (homoerotyzm greckich filozofów!), ma posmak utopii – Odmieńcy przestają uciekać, znajdują dom, gdzie tworzą silną, trwałą i szczęśliwą wspólnotę. Ile w tym obrazie ironii, a ile nadziei – zadecydować musi czytelnik.

 

Dydaktyzm Chmurdalii, mimo że dobrze maskowany, odczuwa się silniej niż w Piaskowej górze, ale nie wpływa to znacząco na jakość lektury. Nową powieść Bator czyta się płynnie i z większą ciekawością niż poprzednią, choć jest ona, jak myślę, uboższa interpretacyjnie. Nic nie można z kolei zarzucić konstrukcji powieści. Pisarka pozostała wierna skomplikowanej, szkatułkowej narracji, którą zastosowała w Piaskowej górze: każda z pojawiających się postaci opowiada historię, która czasem rozrasta się do kilkudziesięciu stron, by w końcu połączyć się z inną opowieścią, każdy wątek ma swoje dopełnienie, a pytanie – odpowiedź.

Reklamy