Wyśnione miłości, drugi film prowokująco młodego Xaviera Dolana (21 lat!), to świetnie nakręcona, kameralna opowieść o przyjaciołach, Marie i Francisie, którzy zakochują się w nowo poznanym, przypominającym Apolla studencie literatury, Nicolasie. Każde wspólne spotkanie staje się teraz okazją do subtelnego badania gruntu, nie wiadomo bowiem, którą z opcji opisanych w filmie reprezentuje Nicolas: a) heteroseksualny, b) heteroseksualny z doświadczeniami homoseksualnymi, c) biseksualny, d) homoseksualny z doświadczeniami heteroseksualnymi, e) homoseksualny.

Przyjaciele dwoją się i troją, by przyciągnąć uwagę tajemniczego znajomego; właściwie nic o nim nie wiadomo, a bohaterowie raczej projektują nań swoje wyobrażenie miłości (jak zwykle kiepsko przetłumaczono tytuł) i partnera idealnego niż dostrzegają to, co prawdziwe. Pozostaje im czekać (na wyrok); oglądając film, przypomniałem sobie jeden z moich ulubionych passusów Fragmentów dyskursu miłosnego Rolanda Barthesa:

„Czy jestem zakochany? – Tak, ponieważ czekam”. Inny nie czeka nigdy. Czasem chcę odgrywać tego, kto nie czeka; próbuję gdzieś czymś się zająć, przyjść spóźniony; ale w tej grze zawsze przegrywam: cokolwiek zrobię, jestem bezczynny, punktualny, a nawet przychodzę za wcześnie. Fatalna tożsamość zakochanego to nic innego jak: jestem tym, który czeka.

Oprócz plusa za to skojarzenie (chyba nagradzam sam siebie) – plus za muzykę (Bach, The Knife, Fever Ray) i piękne zdjęcia (to z parasolem pod koniec filmu!).

Reklamy