Balladyny i romanse to jedna z ciekawszych powieści wydanych w tym roku. Ignacy Karpowicz publikuje kolejne utwory zaskakująco regularnie – prawie co rok pojawia się nowa pozycja. Piąta książka prozaika pozwala na spojrzenie wstecz i wstępną ocenę dotychczasowego dorobku pisarza. Na własny użytek dzielę jego książki na dwa rodzaje: żartobliwe, utrzymane w tonacji buffo (debiutanckie Niehalo; powieść Cud, o miłości do trupa; Balladyny i romanse) i te bardziej serio (Nowy kwiat cesarza – reportaż; Gestystudium samotności). Narzucającą się cechą wspólną jest – poza świetnym, charakterystycznym językiem i humorem – wyobraźnia pisarza. Niektórzy pisarze ślęczą latami nad jakimś tematem, zbierają wycinki prasowe, zdjęcia etece; książki Karpowicza sprawiają wrażenie, jakby autor napisał je ot tak, z głowy, od ręki, popuszczając wodze fantazji i dając się ponieść wyobraźni (co nie znaczy, że są niedopracowane – wręcz przeciwnie). Nowa, obszerna powieść (600 stron) jest tego znakomitym przykładem.

 

Rzecz zaczyna się niewinnie: na scenie pojawiają się bohaterowie zaplątani w trudne związki bądź związków pozbawieni – Olga, pięćdziesięcioletnia dziewica, stara panna, która pogodziła się już z samotnością; studentka polonistyki, Anka, nałogowo uprawiająca seks z kim popadnie (byle z młodszym); Janek, dresiarz wyrywający laski na dyskotekach; Kama i Artur, wydawałoby się, wzorowa para (ona z lekkim wychyleniem prawicowo-katolickim, on – pracownik korporacji), Paweł i Maciek – para łamiąca heteronormatywność; Bartek i Rafał – dorośli faceci, którzy – korzystając z chwilowej nieobecności partnerek – zachowują się jak dzieci. Klasyczna, realistyczna powieść zaczyna jednak szwankować – Olga ni stąd ni zowąd zakochuje się z wzajemnością w Janku, Kama przestaje wierzyć w Boga, Janek przepoczwarza się z prostaka nadużywającego słowa „kurwa” w kogoś, kto potrafi zbudować zdanie wielokrotnie złożone, Artur traci pamięć i cofa się w rozwoju do etapu 12-latka, Paweł zdradza Maćka; piętrzą się absurdalne sytuacje, na których szczycie można umieścić zniknięcie ze sklepowych półek żelazek i kawy (!).

 

W tym samym czasie w niebie trwają gorączkowe przygotowania. Na ziemi ogłoszono upadek wszelkich wartości, króluje relatywizm, nie ma podziału na dobro i zło, a tym samym misja Jezusa zostaje uznana za nieudaną i zakończoną. Do akcji wkraczają pełni wigoru bogowie greccy – Nike, Apollo, Eros, Atena, Afrodyta i inni; zstępuje też Lucyfer i Jezus, który ma nowy plan. Miejsce zstąpienia: „kraj z promocji”, czyli Polska:

stosunkowo stabilna demokracja, dominująca religia: katolicyzm magiczny oraz Stocznia Gdańska, główne osiągnięcia: Fryderyk Szopen i bigos. (…) tolerancja w zaniku od XVII wieku, są muzykalni, mieszczą się w pięciolinii, literatura skupiona na narodowych kompleksach, trudno przetłumaczalna, z kawalerią na czołgi kanałami (…) Stosunek seksualny trwa zwykle poniżej kwadransa, orgazm właściwie nie występuje. Przemoc w rodzinie ma się dobrze. Płodność nieszczególnie.

Ingerencja bogów w świat ludzi skutkuje, jak można się spodziewać, licznymi katastrofami, przy których brak żelazek i kawy wydaje się bułką z masłem. Bohaterowie pierwszej części książki spotykają bogów, niektórzy z nich zaczynają nawet z nimi romansować (miłość jest spoiwem całej książki). Warto dodać – książki niesamowitej, czegoś takiego jeszcze nie czytałem. Karpowicz przepisuje mity greckie na nowo, dodając od siebie mnóstwo pikantnych i zabawnych szczegółów; reinterpretuje Biblię („łzawy musical”) i daje poznać myśli Jezusa, który, jak się okazuje, był klawym facetem, np. lubił sobie zagrać w „Mortal Kombat”. Balladyny i romanse to książka rozbuchana, kipiąca energią i humorem, odważna do granic bluźnierstwa (niektórzy mogą się oburzyć), demaskująca polskie kompleksy, a przy tym napisana lekko i zajmująco. Fantastyczna rzecz.

Advertisements