Tego się obawiałem – druga część planowanej przez Jarosława Maślanka powieściowej trylogii, Apokalypsis ’89, w porównaniu z debiutanckimi Haszyszopenkami wydaje się książką mdłą i wydumaną. Maślanek nie powstrzymał się tym razem od stawiania diagnoz społeczno-ekonomicznych, a diagnoza ta w największym skrócie brzmi: kapitalizm ssie. Wersja literacka: strzelaj albo emigruj. Bohater powieści, Frencz, emigruje więc na margines społeczeństwa; wolność, którą otrzymuje z czerwcem 1989 roku, okazuje się dla niego ciężarem nie do udźwignięcia: „oto moja wolność – gruda oblepiona błotem”.

 

A było tak pięknie. Po ukończeniu studiów i zdobyciu tytułu magistra ekonomii marksistowsko-leninowskiej Frencz znalazł pracę (właściwie załatwił ją dla niego ojciec) w archiwum miejscowej fabryki. Praca to nieco za dużo powiedziane – posada jest prawie fikcyjna, obowiązki żadne; przez osiem godzin dziennie bohater przegląda stare gazety, pije herbatę i pali papierosy. Nic nie musi robić, mieszka z rozwiedzionymi rodzicami – ojciec jest alkoholikiem, matka izoluje się od świata. Przychodzi jednak czas apokalipsy, rok 1989, komunizm upada, bohater zostaje „wyciągnięty za kołnierz, wywleczony z nory” i zmuszony do „bycia aktywnym”. Rozpoczyna się systematyczna droga w dół, „zstąpienie” Frencza, który swoją opowieść snuje już z pozycji bezrobotnego żula, upijającego się sikaczami.

 

Pokolenie roczników 60., reprezentowane w książce przez Frencza i kilku jego kolegów, zostało zdaniem Maślanka wystawione na cios; zadecydowano za nich, wybrano dla nich lepszą rzeczywistość, choć PRL w zupełności im odpowiadał. Tutaj mamy szukać przyczyn ich upadku i obezwładniającego marazmu – Frencz nawet nie próbuje wyjść na swoje: gdy wszyscy wokół zakładają „własny biznes”, bohater na miejscowym targowisku sprzedaje książki, które odziedziczył po niedawno zmarłym ojcu i upija się „cherry wiśniową”. Gdy po podboju Warszawy wraca kolega Frencza i proponuje mu pracę w redakcji gazety wydawanej przez magistrat, bohater robi wszystko, by tej pracy się pozbyć. Ta sytuacja powtarza się za każdym razem, gdy ktoś wyciąga do Frencza pomocną dłoń.

 

Niełatwo wydedukować, co kieruje Frenczem. Maślanek podsuwa najbardziej oklepane rozwiązania – ojciec alkoholik, matka cierpiąca na depresję, kompleks inteligenta, który musi (?) pracować fizycznie, niesprawiedliwość świata itd., ale żadne z nich nie jest psychologicznie przekonujące. Tęsknota za komunizmem wynika raczej z przekonania, że można było wtedy „być równym, niedostrzeganym, niewidocznym”. Tyle ma do powiedzenia autor powieści, skądinąd zajmujący się tematyką gospodarczą, jeśli chodzi o zestawienie komunizmu i demokracji. Po tytule powieści można się spodziewać kolejnego portretu zmian, jakie nastąpiły po przełomie 1989 roku, jednak nic  z tego – Apokalypsis ’89 to nudna książka o quasi-inteligencie bez ambicji, nieudaczniku, który woli wypić kolejną szklankę jabola niż pójść do pracy. Faktycznie, okrutny ten kapitalizm.

Advertisements