„Stan wojenny wkroczył w fazę plugawego spowszednienia, kiedy mój ojciec zadecydował, że należy mi skrócić rok szkolny. Po trzynastym grudnia miotał się pośród niespełnionych klątw i codziennie wymyślał najróżniejsze, nigdy niezrealizowane formy protestu przeciw systemowi, jakby chciał się przed nami usprawiedliwić, że nikomu nie przyszło do głowy go internować”. Tak rozpoczyna się nowa powieść Wojciecha Kuczoka, Spiski. Przygody tatrzańskie; wiadomo, początki są ważne (jeden z bohaterów Pilcha pisał kiedyś, zdaje się, pracę magisterską o pierwszych zdaniach powieści), a ten podziałał na mnie piorunująco – nie mogłem się od tekstu oderwać.

 

Książka składa się z pięciu części, których akcja rozgrywa się od 1982 do 2000 roku, w czteroletnich, mundialowych odstępach, zazwyczaj podczas wakacji. Bohater zatem z rozdziału na rozdział staje się coraz bardziej dojrzały, ale nie idzie to w parze z realnością opisywanego świata, wręcz przeciwnie – im bliżej przełomu tysiącleci, tym więcej pojawia się elementów magicznych, folkloru i niesamowitych przygód. Akcja rozgrywa się w Tatrach, dokąd rodzina bohatera wybiera się rokrocznie na wakacje, by oderwać się od rzeczywistości, Kuczok zaś umiejętnie im tę rzeczywistość zniekształca, wprowadzając na scenę powieści krwiożercze misiołaki, cuchnące pustelnice, płanetników, tajemnicze mgły, klątwy etc. Nie mogło też zabraknąć górali, których obyczaje i przypadłości opisuje Kuczok wdzięcznie i z przymrużeniem oka, nieobojętny przy tym na urodę kipiących erotyzmem góralek.

 

Kilkuletni bohater po raz pierwszy pojawia się w górach latem 1982 roku, gdy cała Polska zapatrzona jest w ekrany telewizorów – oto drużyna Antoniego Piechniczka rozbija w proch i pył reprezentację Peru; podekscytowany narrator postanawia nauczyć gry w piłkę swoich góralskich rówieśników, co przyniesie opłakane skutki. Wraz z upływem czasu zmieniają się zainteresowania bohatera, który coraz mniej uwagi poświęca piłce, coraz więcej zaś czarnowłosym góralkom i Tatrom, po których samotnie się włóczy. Mężniejącemu chłopakowi towarzyszą przekwitający rodzice, których związek w coraz szybszym tempie się rozpada; tym razem jednak Kuczok pokazuje tę erozję rodziny ironicznie i w żartobliwym tonie.

 

Spiski są napisane po mistrzowsku, lekko i ze swadą, nie ma tu jednego zbędnego zdania czy wyrazu; raz po raz błyskają gry językowe, których tropicielem jest Kuczok doskonałym. Sięga po groteskę, ale w granicach rozsądku; wplata podhalańską gwarę tak, by nie zatrzeć czytelności tekstu i nie znużyć nią czytelnika; wprowadza wreszcie elementy humorystyczne, dzięki którym książka jest naprawdę zabawna. Omal bym zapomniał – jest jeszcze sporo erotyzmu, jakieś orgie we mgle, obłapywania przy watrze, pocałunki – jurni ci górole, że hej!

Reklamy