Nowy numer Ha!artu, w całości poświęcony reanimowaniu polskiego kina za pomocą literatury, otwiera ankieta, w której krytycy literaccy i filmowi, prozaicy i poeci oraz osoby postronne radzą „co robić?”, czyli po jakie książki sięgnąć, by zrobić z nich dobry film? Które mogą posłużyć za wstępne scenariusze? Jako że odpowiedzi respondentów zajmują ponad trzydzieści stron i są bardzo zróżnicowane, postanowiłem je trochę uporządkować.

 

Niekwestionowanym zwycięzcą zostało Lubiewo Michała Witkowskiego – prawie każdy wskazał tę powieść jako świetny materiał na film. Dużo głosów zebrała ostatnia książka Olgi Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych (wskazywano też inne książki pisarki, przy okazji dziwiąc się, że nikt tej prozy nie chce filmować) oraz Piaskowa góra Joanny Bator, której sequelem mogłaby być Chmurdalia. Tak chyba wyglądałoby podium; ciekawe nazwiska pojawiają się także poza nim, niektóre już zapomniane (albo analizowane wyłącznie w kręgach akademickich, co na jedno wychodzi), np. Absolutna amnezja Filipiak czy Zapiski z nocnych dyżurów Baczaka, Excentrycy Kowalewskiego, Hanemann Chwina, Cud Karpowicza. Do tego koniecznie „coś” Rudnickiego, Bieńczyka i Stasiuka.

 

Diabeł tkwi w szczegółach: no bo jak zrobić dobry film z kameralnych, nastrojowych Zapisków, w których właściwie nic się nie dzieje? Jak nakręcić „coś” Bieńczyka, skoro głównym bohaterem Terminalu jest język? Ekranizacje Weisera Dawidka i Spisu cudzołożnic, książek przecież znakomitych, zachwytu nie wzbudziły, Wojna polsko-ruska zbierała skrajnie różne recenzje, każdy z tych filmów oglądałem jednak z przyjemnością. Mam nadzieję, że jak już dostanę 100 złotych do wydania na kulturę, bez problemu kupię bilety na Białego kruka Stasiuka, Ostatni raport Kruszyńskiego (lepszy od Różyczki!), Piaskową górę Bator, Cud Karpowicza i Toksymię Rejmer, czego sobie i wam życzę.

Reklamy