Pisząc o twórczości Marka Bieńczyka trzeba najpierw zadecydować, o którym Bieńczyku będzie mowa, wybrać między Bieńczykiem – tłumaczem Kundery, Bieńczykiem – znawcą wina, Bieńczykiem eseistą a Bieńczykiem powieściopisarzem. Publikuje stosunkowo rzadko, jego ostatnia powieść, Tworki, wydana została w 1999 roku; podobnie jak Terminal (1994) jest to książka wybitna, niezwykle oryginalna językowo, pełna humoru, zapadająca w pamięć. Najbliższy jest mi właśnie Bieńczyk-prozaik, tym razem jednak parę słów o Przezroczystości,  zbiorze esejów z 2007 roku.

Ilość kontekstów, aluzji i nawiązań do kultury i sztuki w tym skromnym objętościowo tomie jest zdumiewająca; od Platona, przez Rousseau, Dostojewskiego, Benjamina, Joyce’a, Barthesa, Foucaulta po Sloterdijka i Sarkozy’ego, od literatury, przez malarstwo, po architekturę i politykę. O czym by Marek Bieńczyk nie pisał, robi to zajmująco (moje ulubione fragmenty – o obrazach Hoppera), zaś zza każdego poruszanego wątku, motywu, opisywanego przedmiotu czy wydarzenia wyłania się przezroczystość, idee fixe pisarza:

Przezroczystość – mówiłem sobie – wzywa mnie, drąży jak sonda, jest moja. W obcych miastach do obiadów wybierałem restauracje z panoramicznymi szybami, wieczorami zatrzymywałem się przy oświetlonych witrynach, przyjaciele zaczynali kpić, kupować mi na prezent szklane kule, powstała niezła kolekcja.

Naukowy, erudycyjny wywód przeplatany jest osobistymi, prywatnymi scenami z życia Bieńczyka, przezroczystość atakuje go z każdej strony, przy porannej kawie, podczas spaceru po parku, przy wózku zakupowym w galerii handlowej. Mógłbym mniej więcej prześledzić poszczególne kroki, jakie czyni Bieńczyk na tropie idei diaphane, ale referowanie eseju to rzecz bezcelowa i karygodna, można go albo czytać, albo cytować:

Reklamy