Zaczęło się źle; Wodny motyl, opowiadanie otwierające tom Szczeniaki, wydało mi się przewidywalne,  pisane językiem tak przezroczystym, że niemal pozbawionym stylu. To wrażenie utrzymywało się przez około 30 stron, aż do lektury niesamowitej Eskapady; potem z każdym kawałkiem robiło się lepiej, a wybór takiej a nie innej formy okazał się przemyślaną strategią. W wywiadzie dla artPapieru Sylwia Siedlecka tłumaczy:

Szczeniaki są dość mocne w tematach, które podejmuję. Dlatego w mojej książce jest dużo dążenia do prostoty, minimalizmu w stylu. Język te tematy trochę wycisza, sprawia, że te opowiadania nie krzyczą, gorąca treść, ale zimna, zneutralizowana forma”.

„Przezroczystość stylu”, którą Siedlecka osiąga w Szczeniakach, kojarzy się z „nieobecnością stylu”, o której Barthes pisał, że „stanowi przejaw nowej sytuacji pisarza, sposób istnienia ciszy; z własnej woli odcina się od elegancji i zdobności”. Autorce Szczeniaków udało się ten postulat w pełni zrealizować; te opowiadania krzyczą ciszą.

 

Bohaterami opowiadań są przypadki beznadziejne: bliźnięta syjamskie zrośnięte kręgosłupem (Wodny motyl), dziewczynka z amputowaną stopą, która marzy o karierze baletnicy (Baletnica), niedorozwinięty chłopiec (Hotel Barcelona), cyrkowy karzeł (Czerwony karzeł), itd., itp. Kalectwo fizyczne to jeden z powracających motywów, do których zaliczyć jeszcze trzeba ból, samotność, brak akceptacji, wreszcie odrzucenie przez rodziców, ponieważ większość bohaterów to dzieci, tytułowe szczeniaki, nadliczbowe potomstwo skazane na śmierć. Zauważalnej sterylności stylu towarzyszy sterylność miejsc, w których rozgrywają się opisywane przez pisarkę wydarzenia: w większości są to pokoje hotelowe i szpitale, miejsca niepokojące swoją bezosobowością. Siedlecka, świadoma ich popularności, wprowadza przy okazji intertekstualne nawiązania: hotel opisany w Bliźnie przywodzi na myśl Lśnienie Stephena Kinga (i Kubricka, rzecz jasna), mieszkanie wynajmowane przez bohaterkę opowiadania TheoLokatora (Topora i Polańskiego), karzeł – świetną powieść Pära Lagerkvista.

 

Głównym atutem Szczeniaków jest umiejętne przeplatanie realizmu z tym, co surrealne, zjawiskowe, powiązane ze snem i halucynacją. Tak jak we śnie, opowiadania w zawrotnym tempie – na kilku stronach – ewoluują z sielankowych fotografii dzieciństwa do pełnych grozy, niewytłumaczalnych obrazów. Podobnie też się kończą: w najmniej oczekiwanym momencie, gdy opowiadanie nabiera rumieńców i chce się czytać dalej, Siedlecka mówi „koniec”. Ta gra z czytelnikiem, kolejny sygnał dojrzałości pisarskiej i dobrego warsztatu, upewnia mnie w końcowej ocenie Szczeniaków – świetny debiut, oby tak dalej. Dodatkowy plus za zdanie „Bóg wygląda jak David Bowie i pali papierosy”.

Reklamy