Jakiś czas temu pisałem o tym, jak dzielę pisarstwo Stasiuka, zaznaczając, że jego „reportaże”, „dzienniki podróży” czy inne nie-powieściowe utwory cenię mniej niż same powieści. Najnowsza książka pisarza, Dziennik pisany później, stanu rzeczy nie zmienia, chociaż mając na uwadze częstotliwość, z jaką książka pojawiała się ostatnio na readeatslipie przy różnych okazjach, można odnieść inne wrażenie.

 

Większą część Dziennika wypełniają statyczne obrazy Albanii, Bośni, Serbii i Macedonii, dokąd pisarz regularnie podróżuje, by, jak mówi, z odległości spojrzeć na Polskę: „To podstawa patriotyzmu: żeby można było w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny. Jak się wznosi nad krajem i rozpościera niczym grzyb”. Ten cień widzi Stasiuk w każdym miejscu na Bałkanach, nie może się od niego uwolnić, prześladują go polskie powidoki, mówiąc krótko: Bałkany to dla niego wersja hard Polski – więcej ognia, przemocy, krwi; ta sama beznadzieja i stagnacja, napakowane karki w beemkach i galerie handlowe, w których „wali chińskim klejem”. Czyta się ten ponury Dziennik powoli, z trudem, Stasiuk zresztą przyznaje: „ta opowieść jest żmudna. Nie ma w niej bałkańskiego żywiołu ani ostentacji. Przypomina rejestr”.

 

I gdyby nie rozdział zamykający książkę, najeżony, wściekły, w którym pisarz smaga Polskę ostrym słowem, Dziennik byłby dla mnie książką przeciętną. Dostało się nam za pragnienie męczeństwa, krwi, bohaterskiej śmierci, za spiski mocarstw, które tylko czekają, żeby Polskę pognębić; za przekonanie, że bylibyśmy inni, lepsi, gdyby tylko nie „Sybir, Hitleria i Komuna”. Stasiuk w histerycznym niemal uniesieniu rozprawia się z polską mito- i martyrologią, rozdziera nobliwe szaty katolicyzmu, zrywa maski, kala własne gniazdo. Po lekturze Dziennika słowo „Polska” staje ością w gardle.

Reklamy