Pewnie nie wypada tak na wstępie czepiać się projektu okładki omawianej książki, ale tym razem nie mogłem się powstrzymać. PIW wydał rozmowy Thomasa Bernharda z Kristą Fleischmann; jakby nie było, pisarz poważny, rozmówczyni też nie daje sobie w kaszę dmuchać. Okładka tymczasem jako żywo przypomina literaturę przygodową dla dzieci, kościotrup z kosą, czaszka, palmy, jakieś wstęgi, co to ma być? Czy tylko mi okładka kojarzy się z Wyspą skarbów? Ręce opadają.

 

Same rozmowy niestety wcale nie lepsze. Jeśli ktoś nie miał wcześniej okazji przeczytać jakiejkolwiek powieści Bernharda, po lekturze Spotkania raczej nie pobiegnie po Kalkwerk do najbliższej księgarni. Pisarz nieustannie się zgrywa, odpowiada wymijająco, grymasi; przyciśnięty do muru tłumaczy: „zawsze przerysowuję, wszystko i w każdym calu”. Ta skłonność do przejaskrawiania sprawia, że Bernharda odbiera się jako mizogina, który nie akceptuje równościowych dążeń kobiet („kobiety nawet nie potrafią spokojnie przedstawić swoich własnych problemów”); zjadacza wszystkich rozumów (gdy stwierdza, że „Kant, Schopenhauer (…) są szalenie śmieszni”), który raz po raz ześlizguje się w banał i przesadę: „Wszystko jest negatywne, nie ma nic pozytywnego”. Spotkanie nie wnosi nic ciekawego do recepcji Bernharda w Polsce, rozmowy są zwyczajnie nudne i nie pomogą tu ani obrazoburcze opinie o Kościele czy polskim papieżu („to taki chłopski papież, takie nic, taka zakuta pała”), ani powszechnie już znane wypowiedzi o Austrii spod znaku kalających własne gniazdo.

 

W pewnym miejscu Bernhard stwierdza, że nie czuje się dobrze przed kamerą, że nie jest mówcą, lecz człowiekiem pióra. Spotkanie jest tego niezbitym dowodem.

Reklamy