Na stronie wydawnictwa W.A.B można przeczytać, że „w 2002 roku rosyjska organizacja młodzieżowa popierająca Władimira Putina ogłosiła listę pisarzy i książek „słusznych” i „niesłusznych””. Numerem jeden na liście niepoprawnych okazał się Wiktor Pielewin, co szczególnie nie dziwi, skoro już fragmenty otwierające Generation „P” – jego najbardziej znaną, bestsellerową powieść – są jak policzek: „Związek Radziecki, który zaczęto modernizować i ulepszać (…) ulepszył się do tego stopnia, że przestał istnieć (jeśli państwo jest w stanie popaść w nirwanę, był to akurat taki przypadek)”.

 

Wawilen Tatarski, bohater tej opowieści, upadek komunizmu przyjmuje ze względnym spokojem, mimo że specjalizacją jego studiów w Instytucie Literatury były tłumaczenia z języków narodów ZSRR – teraz nieszczególnie na rynku potrzebne, wobec czego zatrudnia się jako sprzedawca w budce z papierosami. Wkrótce los się do niego uśmiecha – spotyka kolegę ze studiów, który pomaga mu dostać się do świata reklamy. Tatarski zaczyna pisać scenariusze reklamowe i hasła zachęcające do kupna różnych frykasów; szybko okazuje się, że ma do tego smykałkę, jego hasła: „Sprite. Niecola dla Nikoły” albo „Sico. BMW w świecie kondomów” mówią same za siebie.

 

Pielewin przekonująco i z dystansem opisuje środowisko reklamiarzy – cwaniaków często szukających inspiracji w narkotykach oraz ich klientów, czyli początkujących „biznesmenów”, których dwa niepodważalne argumenty to nabity kałasznikow i dewiza „pieniądz nie śmierdzi”. Budzący się i gwałtownie przybierający na sile konsumencki apetyt na Pepsi-colę, Davidoffy, garnitury Armaniego, podpaski Tampax czy proszek OMO ma zatem swoich aniołów stróżów, manipulujących narodowym smakiem. Generacja ‚P’ w zgrabny i przystępny sposób daje wyraz antykonsumpcyjnym nastrojom, ale jest udaną powieścią dlatego, że nie da się jej sprowadzić wyłącznie do tej roli. Pielewin to pisarz postmodernistyczny pełną gębą: mitologia mezopotamska, klasyka literatury rosyjskiej (Dostojewski, Majakowski), automatyczne pisanie surrealistów, paranaukowe fragmenty i spisek dziejowy funkcjonują w jego powieści obok siebie i tworzą feerię sensów.

 

Choćby wspomniany spisek. „Każdy polityk ze swej natury jest po prostu przekazem telewizyjnym”, mówi jeden z kolegów Tatarskiego, a Pielewin bierze to zdanie i niczym balon rozdyma do granic absurdu: politycy nie istnieją, istnieją tylko ich telewizyjne symulacje, zamawiane przez oligarchów (również symulowanych). Pielewin przepisuje Jeana Baudrillarda, który w Precesji symulakrów stwierdzał, że „mamy do czynienia z zastąpieniem samej rzeczywistości znakami rzeczywistości, czyli z operacją powstrzymywania każdego rzeczywistego procesu przez jego operacyjną kopię”. Tatarski staje zatem przed o wiele poważniejszym wyzwaniem niż układanie reklamowych haseł – musi odpowiedzieć na pytanie, co kryje się za tymi znakami rzeczywistości (a domyśla się, że stoi za nimi – Nic).

 

Na koniec dygresja zapowiedziana w tytule notki, dotycząca polskiej powieści antykapitalistycznej, reprezentowanej m.in. przez Zwał Sławomira Shutego, Czwarte niebo Mariusza Sieniewicza, Nic Dawida Bieńkowskiego czy dopiero co wydaną, ale od razu spóźnioną powieść Apokalypsis ’89 Jarosława Maślanka. Gdy stawia się te książki obok Generation ‚P’, z całą mocą ujawnia się ich powtarzalność (McDonald’s jako symbol korporacyjnego zła), stereotypowość fabuły (bohater zawsze przegrywa), wreszcie natrętny dydaktyzm, w myśl którego kapitalizm zabija wolność (Maślanek), prowadzi do frustracji (Shuty, Sieniewicz) i  niszczy lokalne inicjatywy (Bieńkowski). Potrzebujemy polskiego Pielewina.

Advertisements