Najczęściej przywoływanym fragmentem Zamiany, powieści akademickiej Davida Lodge’a, jest opis gry w „upokorzenie”, w której bierze udział kilkoro wykładowców podczas niezobowiązującego spotkania. Zasady gry są proste: każdy z uczestników zdradza tytuł książki, której – mimo że jest powszechnie znana – nie zdołał przeczytać. W zamian za upokarzające wyznanie otrzymuje tyle punktów, ile osób przeczytało wymienioną książkę. Bohater powieści wskazuje Hamleta – moim Hamletem była słynna powieść Stiega Larssona Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.

 

Lektura tej książki upokorzeniem jednak nie była. Szwedzki pisarz, który zyskał nawet miano „Norwida kryminału” (jako że sławy zaznał po śmierci), stworzył znakomitą, epicko rozległą i potężnych rozmiarów powieść kryminalną, której głównym wątkiem jest próba wytropienia mordercy młodej wnuczki potentata przemysłowego. Zbrodnię popełniono – bagatelka – ponad trzydzieści lat wcześniej, zaś oficjalne śledztwo utknęło w martwym punkcie; Mikael Blomkvist, który na zlecenie Henrika Vangera rozpoczyna nowe dochodzenie, musi najpierw przekopać się przez niezwykle obszerną, obsesyjnie prowadzoną dokumentację sprawy.

 

Pisanie „spóźnionych” notek ma tę zaletę, że nie muszę wikłać się w przybliżanie fabuły, charakterystykę bohaterów czy obsadzanie tej powieści w roli lewicowo-feministycznego przewodnika po społeczeństwie ponowoczesnym; mogę za to napisać o tym, co podobało mi się w Mężczyznach najbardziej. Po pierwsze: ironia Larssona wobec stworzonych postaci, której esencją może być taka sytuacja: Blomkvist relacjonuje zrekonstruowane losy Harriet swemu zleceniodawcy, Henrikowi; głos narratora z offu: „słuchał z taką uwagą, jak gdyby opowieść Mikaela była współczesną wersją Jezusowego Kazania na górze”.

 

Po drugie – fotografia. Podczas researchu Mikael godzinami ślęczy nad policyjnymi raportami, wycinkami z gazet i rodzinnymi albumami; w końcu  jego uwagę przykuwa jedna z fotografii. Larsson sięga po ten zgrany motyw narracyjny, by pchnąć akcję powieści do przodu, ale tych kilkanaście stron skoncentrowanych wokół jednego zdjęcia to doprawdy koronkowa robota. Fotografia przedstawia tłum gapiów, obserwujących defiladę z okazji dnia dziecka; wśród zgromadzonych osób Mikael rozpoznaje zaginioną Harriet:

Widzowie zachowywali się dokładnie tak, jak powinni się zachowywać widzowie. Ich zbiorowe spojrzenie podąża przecież zawsze za piłeczką tenisową czy hokejowym krążkiem. Tak więc osoby po lewej stronie fotografii patrzyły na przechodzących właśnie klaunów. Stojący najbliżej ciężarówki zawiesili wzrok na platformie ze skąpo ubranymi kobietami. Rozbawione twarze. Przejęte dzieci. Roześmiane buzie. Wszyscy wyglądali na zachwyconych. Wszyscy oprócz jednej osoby. Harriet patrzyła w bok.

Mikael znajduje więc punctum zdjęcia, o którym Roland Barthes w Świetle obrazu pisał: „[punctum] wybiega ze sceny jak strzała i przeszywa mnie. (…) punctum to także użądlenie, dziurka, plamka, małe przecięcie – ale również rzut kości. Punctum jakiegoś zdjęcia to przypadek, który w tym zdjęciu celuje we mnie (ale też uderza mnie, uciska)”. Drobiazgowa analiza zdjęcia, którą przeprowadza dziennikarz, naprowadza go na kolejny trop, czyli inne zdjęcia. Znów zatem sprawdzają się słowa Susan Sontag z eseju O fotografii: „nigdy niczego nie zrozumiemy dzięki fotografii. Oczywiście, zdjęcia wypełniają luki w myślowych obrazach przeszłości i teraźniejszości; (…) [jednak] tylko narracja może nam pomóc w zrozumieniu czegokolwiek”. Chwyt Larssona może wydać się oczywisty, ujmuje mnie jednak jego staroświecka wiara w prawdę fotografii, na której oparł rozwiązanie zagadki. Chapeau bas!

Reklamy