Jednego z bohaterów drugiego tomu powieści 1Q84 Haruki Murakami przyrównuje do „pociągu stopniowo tracącego szybkość przed zatrzymaniem się na stacji” – to porównanie dobrze oddaje wrażenia z lektury całej książki. Choć pisarz, chcąc zbudować nastrój grozy, skrupulatnie przerzedza szeregi bohaterów (część z nich zostaje zamordowana, część znika w tajemniczych okolicznościach bądź „zostaje utracona”) to napięcie, które towarzyszy czytelnikowi przed konfrontacją Aomame i Lidera sekty, dość szybko po tym kulminacyjnym momencie opada. Książka wyraźnie traci impet, co w znacznym stopniu jest skutkiem zagmatwanych i mętnych wyjaśnień dotyczących Little People.

 

Murakami z jednej strony pisze, że to odwieczna siła, która zawsze towarzyszyła człowiekowi, zanim jeszcze pojawiło się dobro i zło; z drugiej jednak nieustannie sugeruje, że Little People niosą ze sobą coś wynaturzonego i niebezpiecznego (a więc są reprezentantami zła). Świat 1Q84 zostaje wyraźnie podzielony, bohaterowie oddelegowani na jasną bądź ciemną stronę mocy (siły Dobra reprezentują rzecz jasna Aomame, Tengo i Fukaeri, zaś Zło – Little People). Skojarzenie z manicheizmem wydaje się jak najbardziej na miejscu: o losach świata zadecyduje zwycięzca konfliktu Dobra ze Złem, Światła z Ciemnością. W literaturze gnostycznej wśród atrybutów przypisywanych Złu znajdują się m.in. wiatr, woda i ciemność – warto o tym pamiętać przy lekturze fragmentu opisującego konfrontację Aomame z Liderem (noc; za oknem szaleje wichura, miasto zalewa deszcz). Na tym nie koniec, bo pisarz dorzuca jeszcze teorię mother i daughter, wyjaśniającą pochodzenie powietrznej poczwarki; można ją czytać jako klasyczną opowieść o Doppelgängerze. Krótko mówiąc – groch z kapustą.

 

Gdy w notce z pierwszego tomu pisałem o „uwielbieniu szczegółu”, nie zauważyłem jeszcze pewnej irytującej maniery Murakamiego – pisarz nie daje czytelnikowi możliwości samodzielnego kojarzenia faktów, traktuje go jak idiotę. Co krok przypomina cechy charakteru bohaterów i elementy ich życiorysów, wciąż się powtarza, tak jakby po 800 stronach powieści czytelnik nie był w stanie zapamiętać, że Fukaeri nie przepada za rozmową, Aomame jest wyjątkowo opanowana i chłodna, zaś Tengo wysportowany. Inny przykład: gdy Aomame zaopatruje się w pistolet, narrator natychmiast przywołuje słowa Czechowa: „Strzelba która wisi na ścianie w pierwszym akcie musi wypalić w trzecim”. Przydałby się Murakamiemu redaktor, który bez wahania skreśliłby te powtórki i zbędne wyjaśnienia, tak jak Gordon Lish cyzelował teksty Raymonda Carvera (poczytacie o tym u Tomka Dursy).

 

Mimo sformułowanych powyżej zarzutów mam nadzieję, że – wracając do metafory pociągu – tom zamykający trylogię nabierze rozpędu i Murakami Express, posapując, wtoczy się jednak na końcową stację z szyldem „Udana powieść”.

Advertisements