20.3.1980: Elegia czwarta, przedwiosenna

I znowu się udało. Znów, zimo, niedoczekanie,
pocałuj mnie gdzieś, mrozie, i każ się wypchać, śniegu,
szuflami poza chodnik; przeżyłem was raz jeszcze.

I znów się udało wziąć was na przeczekanie,
tępogłowe bałwany; znów was zaskoczył świergot
plusowych temperatur, spływajcie stąd nareszcie

strugami, już was nie ma. Przeczekać. Zbyt się dłużą
złe passy i złe czasy. Żyliśmy, by przeczekać
dwie godziny pod sklepem i dwie doby pod kluczem,

dwa miesiące, po których powtarzał każdy urząd,
że czekać dalej i że niczego nie przyrzeka.
Wszystko tak się dłużyło, że coraz było krótsze

życie – i krótkie były chwile, którym się chciało
powiedzieć: Trwaj, do diabła, nawet za cenę duszy;
krótkie jak żart, jak dwuwiersz, stłumione jak rozmowa

z kimś bliskim, w nocy; nikłe jak muzyka za ścianą,
nieważkie jak dwa ciała, porwane w lot nie dłuższy
niż ich jeden zmieszany oddech. I wciąż od nowa

zmęczone dni liczenie: byle do jakiejś wiosny
nieznanej; byle do tej odwilży, tych roztopów,
kiedy odtaje we mnie prowizorka zziębnięta

i zacznę żyć naprawdę; na całego; na oścież
targnę koszulę serca – a tymczasem roztropnie
czekać – trzymać się ciepło – o szaliku pamiętać –

Ale nie ma innego życia. Ten zamrażalnik,
dokąd – aby nas ciepło nie zepsuło zanadto –
upchnięto nas, chowając rzekomo na lepsze dni,

jest tylko najzimniejszą częścią zimnej spiżarni,
do której z rzadka, z zewnątrz, wpadnie ciepło i światło,
gdy Ktoś otworzy – zajrzy – i znów zatrzaśnie drzwi

listopad 1979-czerwiec 1980

Stanisław Barańczak, wiersz z tomu Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu (1980)

Reklamy