1. Nazwisko Romana Honeta najczęściej powraca przy okazji rozważań nad nurtem „ośmielonej wyobraźni”, przekraczania granic realizmu. W jednym ze szkiców pomieszczonych w zbiorze Po debiucie Karol Maliszewski pisał o jego poezji, że – gdy się pojawiła – była „ostrą nadrealistyczną plamą w o’harystycznej szarzyźnie”. Wyobraźnia idzie tu w parze z nieoczekiwaną brutalnością, „ostrym” obrazowaniem, które w najnowszym – piątym – tomie poezji Honeta osiąga punkt szczytowy.

 

2. Piąte królestwo jest jak słój z formaliną, w którym zanurzono umarły związek, by móc go opisać; najlepiej zgodnie z zasadą „rok w aureoli. / rok w szambie” (wstyd i wiśnie), ale w tej książce zdecydowanie więcej szamba, obrazów gnicia, zepsucia i upadku: smród martwych ryb, poniewierające się ścierwo, zamarznięta ziemia, ślepcy postukujący laskami. To kraina bólu i rozgoryczenia, po której błądzi poeta, czekając aż rozpuszczą się „szwy po rozstaniu”.

 

3. „dawno nie byłem w prochu. teraz / jestem” (w prochu, w dzwonie). W prochu, rozbiciu, depresji. Na podorędziu xanax i diazepam, na bezsenność i bezsens życia, na obronę przed pamięcią tego, co minęło, i dojmującą pustką: „maestria / anatomii – ta cisza po tobie” (maestria).

 

4. Na okładce Ipupiara (Walmor Corrêa). W brazylijskim folklorze opisywana jako mityczny potwór o kobiecych kształtach, który pożerał ludzi. Jej europejskimi krewnymi są nimfy wodne i Lorelei. Okładka nie mogła być lepsza, bo koresponduje z honetową wizją świata i jej bohaterem, który „wędrował przez węża” i „zrzucał skórę” (symbol przemiany, nowego życia). Mityczną Ipupiarę widzę np. w „czarnej madonnie w płaszczu z haroperidolu” (madonna).

 

5. Lektura tego tomu jest zajęciem ponurym, ale zajmującym, bo „o poezji Romana Honeta można powiedzieć prawie wszystko”, jak pisze Piotr Śliwiński. Garść moich pomysłów powyżej.

 

6. Gdzieniegdzie przez mrok przebija światło: „poprzysiągł to, co sobie: / znowu będziesz” (rozrzutność).

 

cień w jeziorze

znowu widzę to miejsce, odwrócony: pokrzywy
na ścieżkach wysypanych czerwonym żwirem,
twój cień jak dygotanie szklanej tęczówki w jeziorze.
taka historia – kobieta mogła być
z drżenia ryb i błyskawic, o ile to bóg
tak wykołysał ją i wybatożył
i śmierć – mogła być ciszą po chwili rozstania,
a była taka sążnista, zakorzeniona.
nic dawniejszego nie znam.
nie pamiętam. boję się,
że tam czekasz – i pochylę się,
i coś ze mnie wypadnie martwe
 

kat

wybiegłem w morze, w ustach
miałem sól, obfitą plażę.
w wodzie leżały – rower, maszyna do drinków,
wiatr był jak mowa zwierząt wychowanych
w cieniu. dziki był wiatr,
kiedy powstawał z gniewu
i wręczał mi piłę. kiedy mi szeptał,
co ma w oczach kat, gdy uderza,
rżnie: płatki śniegu błyszczące
na sieci trakcyjnej, żniwo
ostatniej nocy – białe,
bezwłose ciało i ruchanie
 

madonna

wieczór, skrzynkowy zegar w aucie
w fotelu pasażera. ci, którzy włożyli korony z tektury,
krążą dziś po ulicach. ślepiec
trzyma tranzystorowe radio,
nachyla w ciemność antenę –
już zaraz. czarna madonna w płaszczu z haloperidolu
pocałuje go, założy kaganiec
i poprowadzi za miasto,
na złomowisko, pomiędzy rury
i kraty kanalizacyjne. wtedy mu
powie – tu mogę cię kochać
 

[z naszej wyprawy w głąb oka]

z naszej wyprawy w głąb oka
nadal wracają tragarze,
stroiciele noży, przewodnik.
niosą to, co widziało –
stos elektrycznych naczyń na śmietniku, sieci
rozpięte wzdłuż rzeki,
uber alles życie

strzemię twojej krwi widzę
i twój cień znikający,
tak jak ty zniknęłaś – niespodziewanie,
cicho – pod każdy twój krok
ktoś podkładał dłoń

Reklamy