„– Wyspa nie jest znowu taka wielka – mówi rano Djurdżica, żona Branka, i nalewa mu mocnej, gęstej kawy do filiżanki.

Wszyscy to powtarzają jak mantrę. Kunicki rozumie, co chcą mu powiedzieć, sam to wie, że wyspa jest zbyt mała, żeby się na niej zgubić. Wyspa ma ledwie ponad dziesięć kilometrów długości i tylko dwie większe osady, miasta Vis i Komiżę. Można ją dokładnie przeszukać, centymetr po centymetrze, jak szufladę. I ludzie w obu miasteczkach dobrze się znają. Noce są ciepłe, na polach rosną winnice, a figi prawie już dojrzały. Nawet jeżeli zabłądzili, nic im się nie stanie, nie umrą z głodu ani z zimna, nie zjedzą ich dzikie zwierzęta. Spędzą ciepłą noc na suchej, rozgrzanej trawie, pod oliwką, będą słyszeć senny szum morza. Z każdego miejsca jest nie więcej niż trzy, cztery kilometry do drogi. Na polach stoją kamienne domki z beczkami na wino, z winnymi prasami, niektóre zaopatrzone w jedzenie i świece. Na śniadanie zjedzą kiść dojrzałych winogron albo normalny posiłek u letników w zatoczkach”. (Olga Tokarczuk, Bieguni)

Reklamy