Chciałbym napisać, że oto nowy Janusz Rudnicki, ale jaki on tam nowy: po lekkim liftingu zaledwie, bo przez te dziesięć lat z okładem, które upłynęły od pierwszego wydania Męki kartoflanej, niewiele się zmienił, wciąż ten sam, z jednej strony wzruszające scenki z życia emigranta „Rudnickiego”, któremu co rusz przydarzają się niebywałe, łotrzykowskie przygody, z drugiej – dopiski na marginesach książek, które narratorowi wpadły w ręce: Schulz, Kafka, Dąbrowska, Nałkowska. Ta powtarzalność tematów (o której pisałem przy okazji Śmierci czeskiego psa) rozciągnięta na czterysta stron bywa nużąca, zdarzyło mi się ziewnąć podczas lektury, niecierpliwie przerzucić kartkę, ale zacznę od pochwał.

 

No więc pochwalić trzeba Rudnickiego za tytułowe opowiadanie, ponad stustronicową, karkołomną, obfitującą w zwroty akcji odyseję „Rudnickiego”, który wysłany przez żonę po mąkę kartoflaną wędruje, niechcący, z Hamburga do Polski, nad morze, do Warszawy, odwiedza Oświęcim, wreszcie ratuje się z tonącego Kędzierzyna-Koźla. Wyprawa jest świetną okazją, by podsłuchać, podpatrzeć, kim „naprawdę” jesteśmy, a z Mąki kartoflanej jednoznacznie wynika, że jesteśmy zawsze Winkelriedem narodów, który wydał na świat Papieża, Powstańców i „Waleze” z Solidarnością, narodem skrzywdzonym, który kiedyś dźwignie się jeszcze z kolan. Co narratorowi zresztą „koło chuja lata”.

 

Drugi jasny punkt – Schulz ’92. Podobno Jerzy Ficowski, wybitny znawca Schulza, oburzony był tekstem Rudnickiego, gdy ten ukazał się w „Twórczości”. Te notatki z lektury to nic innego jak okładanie Schulza biczem, wbijanie szpilek pod paznokcie, brutalna demitologizacja, ściąganie z pomnika za jaja. Rudnicki punktuje potknięcia stylu, powtórzenia, powracające do znudzenia motywy (nawiasem mówiąc – przyganiał kocioł garnkowi!); stawia hipotezę, że Sklepy cynamonowe powstały przed Sanatorium pod Klepsydrą, śledzi wpływ bajek Walta Disneya i niemieckiego ekspresjonizmu na schulzowski sposób obrazowania. Jerzy Jarzębski pisze w Apetycie na Przemianę, że Rudnicki uprawia „płyciutką lekturę”, na dodatek nudną „jak flaki z olejem” – ja się ubawiłem.

 

Jak flaki z olejem ciągnie się za to tekst O tym, jak czytałem dzienniki Dąbrowskiej i Nałkowskiej, którego sam tytuł wieje nudą; dłużą się Odwiedziny i opowiadania o hamburskiej sąsiadce-alkoholiczce, Uschi. Mozolnie przebijam się przez kolejne strony, jedna podobna do drugiej, przydałoby się to wszystko poskracać, „porąbać zdania siekierą”. Autor zresztą musiał mieć podobne wrażenie, bo późniejsze zbiory – Mój Wehrmacht i Śmierć czeskiego psa – złożone są z opowiadań krótkich, wyrazistych, dowcipnych, które kończą się, zanim „Rudnicki” nam obmierznie. Więc pół na pół, „herr Rudniki”, pół na pół.

Advertisements