To są moje śmiertelne piosenki wrzeszczane na torach kolejowych w śniegu / i nocy, pisze Świetlicki w Nieczynnym, po raz kolejny przekonując czytelników, że główną materią jego wierszy nie są wcale alkohol i papierosy, ale śmierć. Już w wierszu otwierającym debiutanckie Zimne kraje poeta deklarował: będziemy obserwować postępy ciemności. Czymkolwiek ta ciemność jest – strachem, starością, samotnością czy śmiercią właśnie – towarzyszy Świetlickiemu od ponad dwudziestu lat pisania wierszy.
 
I dobrze się stało, że wreszcie można je dostać w jednym tomie, bo co to był za paradoks: spośród trzech najbardziej uznanych współczesnych poetów zarówno Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, jak i Andrzej Sosnowski mieli już swoje zbiorowe wydania (nawet po dwa!), a Świetlicki, najpopularniejszy z nich (bo przecież nie mówi się Sosnowskim ani Tkaczyszynem-Dyckim, mówi się Świetlickim), takiego zbioru nie miał. Można się teraz z tym masywnym tomem po mieście obnosić, bronić nim przed napaścią, czytać, cytować, ci którzy Świetlickiego nie lubią, mogą podpierać Wierszami krzywo stojącą szafę, ale kupić Wiersze powinni.
 
Zimne kraje kończą się słynnym gestem odmowy „uczestnictwa”:

wydaje im się, że mają swojego poetę. / A ja odczekuję ironiczną, gorzką chwilę, krzywię się / i triumfalnie zaprzeczam.

Tak, jakby Świetlicki przeczuwał, że z każdym kolejnym tomem będzie coraz bardziej zagarniany, przerabiany, podrabiany. Że będzie się go pytać: czy jesteś dzisiaj przysiadalny? Właściwie nie ma w tym zawłaszczeniu niczego dziwnego: Świetlicki – chcąc nie chcąc – jest naszym poetą, bo pisze o sprawach uniwersalnych, codziennych, nierzadko błahych, i pisze w przystępny sposób, nie odgradza się od czytelnika hermetycznymi kodami. Ze wszystkiego się zawsze uda robić wiersze – pisze poeta w Wierszu bez światła – i trzeba przyznać, że opanował tę sztukę do perfekcji, to pisanie o niczym, które w magiczny sposób staje się Niczym.
 
Świetlicki jest poetą miasta. W niepublikowanym dotąd wierszu Silne światło, wielkie miasto, grudzień z goryczą wyznaje: Poza tym miastem nie jestem poetą. Miasto dostarcza podstawowych bodźców do pisania, jest Świetlicki takim współczesnym flâneurem, wyrafinowanym kloszardem, który włóczy się po mieście, szlifuje bruki, przesiaduje w kawiarniach (zemsta polega na wypiciu kawy / i popatrzeniu przez okno), gdzie nałogowo pali papierosy (trzymam się papierosa, żeby się nie zgubić) i knuje przeciw. Bo ta poezja jest zaangażowana, czasem trudna do przełknięcia (wkurwić lewaka, obśmiać mentalnego pedała), często niezwykle trafna i wciąż aktualna (np. tekst Pogo z 1996 roku). Zaangażowana nie tylko w politykę, ale i w poszukiwanie odpowiedzi na odwieczne pytania, w poszukiwanie Boga (mam w sobie niedużo Boga, pielęgnuję ten strzęp, skrzep), poszukiwanie siebie, wreszcie – poszukiwanie miłości.
 
535 wierszy, i co dalej? Zawsze trzeba zostawić jakiś dobry numer / na koniec. Mam nadzieję, że Świetlicki ma w zanadrzu jeszcze mnóstwo świetnych wierszy, a do końca daleko. Czego jemu, sobie i Wam życzę.

Advertisements