„Zegary stanęły o 1:17. Długie nożyce światła, a potem seria wstrząsów”. W ten zwięzły i beznamiętny sposób bohater Drogi opisuje dzień, kiedy nastąpił koniec świata – przynajmniej tego, który dzisiaj znamy. Miasta i lasy strawiły pożary, wyginęły zwierzęta, ziemię pokryła gruba warstwa popiołu. Nocą planeta tonie w ciemnościach, za dnia oświetla ją mdłe, szare światło, z trudem sączące się przez zaciągnięte gęstymi chmurami niebo. Zwęglone ciała, wypalone domy, zwalone mosty, szkielety skręcone w przedśmiertnych konwulsjach. Nieustanny deszcz i przejmujące zimno. Zatęchły smród rozkładających się szczątek. W splądrowanych ruinach miast i wzdłuż dróg grasują hordy wygłodniałych oprawców polujących na nielicznych, wycieńczonych wędrówką ludzi.

Oczy rozbłysłe w czaszkach. Bezwyznaniowe ludzkie skorupy drepczące po szosach jak wysiedleńcy w kraju pustoszonym przez wojnę domową. Wreszcie odsłoniła się kruchość tego wszystkiego. Zadawnione problemy rozsądzone przez nicość i noc.

McCarthy nie wspomina w ogóle o przyczynach katastrofy (wojna atomowa? wybuch wulkanu? zderzenie z asteroidą?), ponieważ interesują go wyłącznie jej bezpośrednie i porażające skutki – zawieszone zostały prawa i reguły, które dotąd obowiązywały. Spuszczeni ze smyczy cywilizacji ludzie rozpętali na ziemi piekło, wobec którego określenia typu „dehumanizacja” czy „upadek człowieczeństwa” zdają się być jakimś wynaturzonym eufemizmem, bo w najmniejszym stopniu nie oddają skali okrucieństwa, do jakiego zdolni są ci, którzy przetrwali apokalipsę. Gwałty, okaleczenia, kanibalizm i morderstwa są na porządku dziennym. Kolejność nie jest przypadkowa.

 

Przez ten spalony na popiół świat przedziera się dwóch „dobrych” ludzi, uciekających przed zbliżającą się zimą na południe kraju. Ojciec i około 8-letni syn, w których tli się jeszcze „ogień” – residuum zapomnianych wartości, szczątki dobra i wiary w człowieka – mimo że aby przeżyć muszą stawić czoła barbarzyńcom, postępować tak jak oni, zaakceptować bestialskie zasady. Każdy z nich reprezentuje inny świat i porządek: chłopiec urodził się po apokalipsie, więc opowieści ojca o lasach, kwitnących ogrodach i szeroko pojętym dostatku traktuje jak bajki, bo jego codziennością jest strach przed ludożercami, głodem, samotnością. Mężczyzna z kolei nie potrafi tego bezpowrotnie minionego świata zapomnieć – żywego, pełnego barw i zapachów, w którym prowadził stateczne życie u boku swej żony, martwiąc się co najwyżej o terminową spłatę kart kredytowych. Nic dziwnego, że gorzkim, ironicznym symbolem przeszłości uczynił McCarthy puszkę coca-coli, którą wędrowcy znajdują w zardzewiałym automacie z napojami.

 

Ich wędrówka – będąca postapokaliptyczną wariacją wokół powieści drogi – nie ma żadnego sensu, ponieważ „sens” przynależał do innego świata. Bezimienni, alegoryczni bohaterowie Drogi próbują nadać sens swojemu istnieniu, czy to przez kultywowanie człowieczeństwa (można czytać Drogę jako swego rodzaju powieść inicjacyjną – ciężko chory, umierający ojciec stara się wpoić synowi zasady, których nikt już nie przestrzega), czy też drogą rodzicielskiej miłości (McCarthy w rozmowie z Oprah Winfrey wyznał, że Droga jest swego rodzaju „love story„). Alegoryczne jest również zakończenie powieści, gdzie znajduje się sugestia, że upragnionego sensu prawdopodobnie nigdy nie odnajdziemy:

Kiedyś w górskich potokach żyły pstrągi źródlane. Widać je było, jak stoją w bursztynowym nurcie, a białe krańce płetw drgają delikatnie w płynącej wodzie. W ręku pachniały mchem. Wypolerowane, muskularne, torsyjne. Na grzbietach miały ślimacznicowate desenie, które były mapami nastającego świata. Mapami i labiryntami. Tego, czego nie można odtworzyć. Czego nie można naprawić. W głębokich dolinach, gdzie żyły, wszelka rzecz była starsza od człowieka i tchnęła tajemnicą.

Siła rażenia powieści Cormaca McCarthy’ego jest ogromna. Trudno uwierzyć, że ten oszałamiający efekt osiągnął za pomocą surowego, powściągliwego języka; potrafił sugestywnie opisać połacie spalonej ziemi i wyludnione, mroczne krajobrazy, roztoczyć przed czytelnikiem wizję przerażającą, ale nie epatować przy tym brutalnością, gdzieniegdzie ocierając się wręcz – jak sugeruje Jacek Dukaj w okładkowym blurbie – o poezję.

Reklamy