Gdy w poprzedniej notce poświęconej Raymondowi Carverowi pisałem półżartem o znaczeniu jego nazwiska i pewnej ciekawej koincydencji, zapomniałem wspomnieć o smykałce pisarza do tytułów. Przetłumaczony niedawno na język polski zbiór późnych opowiadań Carvera jest ku temu znakomitą, choć smutną okazją, bo Słoń, jaki jest, każdy widzi: powolny, ociężały i niezgrabny. Piszę te słowa z przykrością, bo Carvera lubię, ale rzecz przemyślałem i zdania nie zmienię – jego ostatni tom opowiadań czyta się żmudnie, jest mało błyskotliwy i wzbija się ponad przeciętność bardzo rzadko.

 

Niektórzy recenzenci podkreślają, że lekturę Słonia rozpoczęli od ostatniego opowiadania, Sprawy do załatwienia, i jestem skłonny przyznać, że nie jest to strategia pozbawiona sensu, bo ten tekst jest zdecydowanie najlepszy. Ja czytałem tom od początku, przedzierając się przez wszystkie opowiadania, i gdy dotarłem do sedna Sprawy, satysfakcja z lektury była już mocno przyprawiona rozczarowaniem płynącym z całości. Historia ciężko chorego na gruźlicę Antoniego Czechowa, który udaje się do szwajcarskiego uzdrowiska Badenweiler, by podreperować zdrowie, choć tak naprawdę jedzie tam umrzeć, miała być wisienką na torcie, ale tort w międzyczasie zwietrzał.

 

Zabrakło tego, co tak chwaliłem w O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości: niedopowiedzeń, przemilczeń, nieoczywistości; niby ten sam Carver co zawsze, ale jakby bez drugiego dna, nie chwytający za gardło i nie ściskający żołądka. W poprzednich tomach pulsowały pytania o sens, powracał lęk przed samotnością i śmiercią, w Słoniu – cytując jednego z bohaterów – „w gruncie rzeczy chodzi o pogodę”. Warto przeczytać dla uzupełnienia obrazu o prozie Carvera, ale – nie licząc Katedry, która wciąż czeka – jest to w moim odczuciu najsłabszy tom pisarza.

Advertisements