Po lekturze intrygujących blurbów z okładki nowej książki Petry Hůlovej spodziewałem się, że Stacja Tajga będzie czymś w rodzaju Into the Wild, tyle tylko że akcja powieści rozgrywać się będzie na Syberii, a zamiast młodzieńca po studiach bohaterem będzie stateczny, pulchny Hablund Doran, 40-letni właściciel małej fabryki produkującej materiały opatrunkowe. Gdy okazało się, że Hůlová w swojej powieści więcej miejsca poświęca zagadnieniom etnograficznym niż budowaniu zajmującej, survivalowej fabuły byłem nieco zbity z tropu, ale – mimo trudności – wyszedłem z tej przygody cało.

 

Hablund, żonaty, bezdzietny, zwyczajny mieszkaniec powojennej Kopenhagi ni stąd ni zowąd postanawia porzucić dotychczasowe życie, zrezygnować z wygód nowoczesnego mieszkania i wyjechać na Syberię, by „odetchnąć pełną piersią, nabrać w płuca świeżego powietrza”, uciec z Europy, tego „pogorzeliska z martwą duszą”. Przy okazji, zainspirowany lekturą pism podróżniczych, planuje odnaleźć osadę Charyń i nakręcić film dokumentalny o zwyczajach jego rdzennych mieszkańców. Mimo sprzeciwów żony wyjeżdża, a Mariane po kilku miesiącach z rozpaczą konstatuje, że po Hablundzie wszelki słuch zaginął.

 

60 lat później jego tropem rusza młody duński antropolog, Erske, który – podobnie jak Fiedia, prowodnik przemierzający koleją transsyberyjską olbrzymie połacie tajgi – pojawia się na kartach powieści zwłaszcza po to, by Hůlová mogła odłożyć wyjaśnienie zagadki Hablunda na później. Zaburzony porządek linearny, potasowane rozdziały rozgrywające się w roku 1949 i 2000 zmuszają czytelnika do stopniowego – pełnego niecierpliwości – układania poszczególnych faktów w całość, aż stanie się jasne, gdzie i w jakich okolicznościach zaginął mąż Mariane. Majaczące w oddali rozwiązanie pomagało przebrnąć przez miejscami nużące opisy zwyczajów Charyniaków i ich najbliższych sąsiadów, którymi raczy nas lekkomyślny Hablund, przemierzając wioskę z kamerą i aparatem fotograficznym. Mieszkańców Charynia i Czewapiki postrzega jako antropologiczną ciekawostkę i zbyt długo nie zdaje sobie sprawy, że tutaj gra toczy się o wszystko, a najważniejszym zadaniem jest – przeżyć. Zwłaszcza gdy panuje głód i kilkudziesięciostopniowy mróz, który skutecznie pozbawia skrupułów. Wprowadzony w świat twardych, kierujących się własną moralnością ludzi tajgi będzie musiał zaakceptować ich sposób życia, poznać reguły rządzące mikrospołecznością, ich przesądy i przekonania, choć w ostatecznym rachunku i tak pozostanie obcy.

 

Hůlová nie poprzestaje jednak na skonfrontowaniu człowieka Zachodu z mieszkańcami azjatyckich rubieży; ukazuje też wewnętrzne napięcia między Rosjanami a skolonizowanymi przez nich autochtonami z Czewapiki i polityczne rozgrywki członków sielsowietu, komunistycznej komórki kierującej się własnymi interesami. W Stacji Tajga ścierają się zatem siły natury, komunistyczna ideologia, wierzenia pierwotne i biologiczna żądza przetrwania, a w środku tego mroźnego piekła znajduje się nasz nieporadny bohater. Powieść gdzieniegdzie mętna, ale warto się przekonać, jaki będzie koniec.

Advertisements