Po lekturze sterylnie czystej, uporządkowanej prozy Juli Zeh zanurzyłem się w mętnym, zapętlonym, obłędnym monologu Wojny i wojny László Krasznahorkaia, który od samego początku przypominał mi powieści niekwestionowanego mistrza szaleńców, nieudaczników i nieprzezwyciężalnej depresji – Thomasa Bernharda. Bohater Wojny i wojny, 44-letni György Korim, z wykształcenia historyk, podobnie jak postaci z utworów Austriaka, tkwi w pułapce monotonii: mieszka w prowincjonalnym mieście kilkaset kilometrów od Budapesztu, pracuje jako archiwista (proszę sobie wyobrazić tę nudę rozłożoną na setkach zakurzonych półek), nie ma rodziny ani przyjaciół. Na dodatek przeżywa właśnie kryzys wieku średniego, który bezlitośnie odziera Korima ze złudzeń: świat jest chaosem, a jego życie bezsensownym trwaniem skazanym na klęskę i zapomnienie.

 

Niekończące się, kompulsywne monologi Korima, z których stopniowo poznajemy szczegóły jego przeżartej rutyną egzystencji są typowym „zagadywaniem” świata, murem, za którym strachliwy i nieporadny bohater kryje się przed „szalonym labiryntem” rzeczywistości, od kiedy wdarła się ona do prowincjonalnego miasteczka pod postacią tajemniczego rękopisu, przypadkowo odkrytego przez Korima w jednej z archiwalnych teczek. Jego niezrozumiała, ale olśniewająca treść staje się idée fixe bohatera – za wszelką cenę chce ów rękopis ocalić, rozpowszechnić, i – co okaże się najtrudniejsze – zrozumieć. Relacjonuje przypadkowym osobom poszczególne rozdziały manuskryptu, stara się dotrzeć do jego sedna, ale ludzie biorą go za szaleńca, „uciekają od niego jak z płonącego budynku”. Bohater sprzedaje zatem swój skromny dobytek, na czarnym rynku wymienia forinty na dolary i wyrusza do centrum świata, Nowego Jorku. Myli się jednak ten, kto sądzi, że udaje się tam po to, by – natchniony mądrością rękopisu – rozpocząć nowe życie, nie; Korim ponad wszystko pragnie „dokończyć stare”, ale wpierw musi nadać mu sens:

musi uwiecznić w tym dziwnym i abstrakcyjnym, istniejącym dzięki niezliczonej ilości komputerów, nieśmiertelnym Internecie ten cudowny, odnaleziony w archiwum poemat, musi, gdyż w ten sposób ofiarowuje mu nieśmiertelność (…) Internet jest pierwszym wynalazkiem w historii, który pozawala dostąpić wieczności.

Wojna i wojna jest kolejną opowieścią o samotności i szaleństwie w pędzącym na złamanie karku, multikulturowym, ponowoczesnym świecie, jest też przewrotnym, wieloznacznym hymnem na cześć sztuki (manuskrypt niczym modernistyczna Księga nadająca sens; pojawiająca się pod koniec rzeźba Mario Merza, która ma niebanalne znaczenie dla całej powieści) i postępu technologicznego, który – jak derridiański farmakon – niszczy i ocala zarazem. Powieść Krasznahorkaia jest napisana tak dobrze, że oczekuje się od niej jakiejś epifanii, która – ku rozczarowaniu czytelnika – nie następuje. Zamiast niej pod koniec Wojen pojawiają się zgrzytające niczym piasek w zębach banały serwowane przez wyczerpanego Korima (np. przyrównanie NY do wieży Babel), przez co powieść, zamiast być książką genialną, jest książką „tylko” bardzo dobrą.

Advertisements